poniedziałek, 20 lipca 2020

TRUDNE ROZMOWY Z DZIEĆMI II

A oto drugi...

Przyznam się szczerze, że moje dzieci chwilami mnie przerażają, swoimi trafnymi ocenami, spostrzegawczością. Potrafią dosadnie skomentować rzeczywistość i mam wrażenie, że nie dorastam im do pięt. Znajdują chyba upodobanie, w zapędzaniu mnie w kozi róg… Nie ukrywam, że jest to chleb oddany, albowiem w przeszłości, to ja lubiłam ich zaskakiwać ironią, sarkazmem, w odpowiedzi na ich pomysły. Dziś stwierdzam z całą mocą, dzieci przerosły mistrza…
Jestem w trudnym okresie życiowym, ponieważ postanowiłam rozstać się z nałogiem nikotynowym. Zauważyłam dwa kluczowe problemy, które się pojawiły. Po pierwsze jestem bardziej nerwowa, co zostało natychmiast skomentowane przez moich potomków. Kiedy tylko wybucham gniewem… syn mówi do siostry: „Oho, matkę dopadła ciemna strona nocy, Lord Wader we własnej osobie…” i natychmiast zaczynają sapać jak wcześniej wymieniony, oraz nucić pewną melodię… Po drugie, jestem ciągle głodna, mogłabym zeżreć żubra z kopytami, gdyby tylko był łaskaw znaleźć się w pobliżu mojej osoby. Ponieważ nie chcę utyć, niemal cały czas jestem głodna. Czasem jednak pękam… i sięgam po zakazaną czekoladę. Ponieważ za nic nie chcę się do tego przyznać, więc zajadam potajemnie kilka kostek produktu. I tu wkracza dziecię płci żeńskiej, biegnie do lodówki, podlicza ile ubyło czekolady i donosi bratu. Mało tego, gdy tylko skrzypną drzwi od lodówki, zjawia się jak spod ziemi: „Mamo, zdaje się, że znów wyżerasz czekoladę…” Syn zaśmiewa się, że założy kłódkę na lodówkę… wyrodne dziecię. Ostatnio w hipermarkecie kupiliśmy masło orzechowe. Wieczorem znów dopadła mnie słabość, zachciało mi się właśnie tegoż produktu. Oglądając film, zjadłam całe pudełko, co wyznam ze wstydem. Powinnam wyjaśnić, że nigdy nie lubiłam specjalnie takich rzeczy, zaś masła orzechowego nie cierpiałam szczególnie. Tłuste toto i przesłodzone, zawsze się dziwiłam, jak można to jeść. Zgrzeszyłam okrutnie, wiedziałam, że nie ujdzie mi bezkarnie taki wyczyn. Ponieważ wcześnie wstaję, postanowiłam bladym świtem zakupić ten produkt w pobliskim sklepie. Chyba czarne sumienie nie dawało mi spać, bowiem miałam problemy z zaśnięciem… Zaspałam oczywiście. Mała wstała przede mną, dokonała oczywiście wstrząsającego odkrycia. Wydała z siebie ryk mrożący krew w żyłach: „Mamo, jak mogłaś zjeść moje masło orzechowe.” Stała nade mną niczym Furia, potrząsając pustym opakowaniem. „Ty się lepiej przerzuć na owocki, a nie masło orzechowe wyżerasz, gruba będziesz. Zważ się i zobacz ile ciebie przybyło…” Po takim komentarzu każdy by uległ załamaniu nerwowemu. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko posłuchać rady małoletniej, nie dotykam już czekolady nawet kijem. 
Innym razem postanowiłyśmy się wybrać na zakupy do miasta. Ponieważ ruch jest jak najbardziej wskazany, w moim przypadku, szłyśmy piechotą. W pewnym momencie, córcia poklepała mnie po piersiach ze słowami: „Fajne cycki, duże…” Nie myśląc chyba wcale odparłam: „A tam duże, raczej mizerota…” Na co moja dziewczynka: „Chyba nie widziałaś wcale mizeroty, popatrz na to…” I zadarła do góry swoją bluzeczkę, chcąc zademonstrować rzeczone braki… 
Ostatnio poprosiłam synka, by mi pożyczył swój plecak. Młody, nie odwracając głowy od ekranu monitora rzekł, bym wypakowała tylko to co jest w środku. Postanowiłam błysnąć dowcipem, wywalając zawartość z plecaka, rzekłam: „Co ja tu widzę dziecko, prezerwatywy!” Na co synek ze złośliwym wyrazem twarzy orzekł: „Mamo, pragnę cię poinformować, że prezerwatywy nosi się w kieszeni, nie w plecaku. A tak w ogóle to kondomy się używa, a nie nosi…” Dziś błysnął jedną ze swych mądrości, którymi się łaskawie ze mną dzieli: „Matka, dziewczyny są dla tych nieudaczników, którzy nie potrafią porządnego pornola ściągnąć z neta…” Tak się zastanawiam, czy to nie była przypadkiem ukryta aluzja w kierunku mojej osoby, bowiem, w myśl synowskiego odkrycia, ani chłopaka, ani ściągnąć nic z Internetu nie umiem… 

sobota, 18 lipca 2020

TRUDNE ROZMOWY Z DZIEĆMI

Wpadły mi dwa do ręki dwa posty, napisane przeze mnie przed laty. Przeczytałam i nie mogłam przestać się śmiać, w związku z tym, postanowiłam się nimi z Wami podzielić.

Próbowaliście kiedyś rozmawiać o seksie z nastolatkiem? Mnie się to zdarzyło i wierzcie mi, dużo się z tej rozmowy nauczyłam… Dziś wiem, że nic nie wiem… 
A rzecz się miała tak.
 Pewnego dnia wkroczyłam do pokoju synka, w którym panuje wszechobecny bałagan, którego nie sposób zlikwidować, pomimo moich licznych prób. Wtargnęłam znienacka i zobaczyłam na pulpicie komputera panią w całej krasie, nagą jak ją Pan Bóg stworzył, podobno w kuszącej pozycji. Dziecię moje, z wypiekami na twarzy oglądało prezentowane wspaniałości. Na mój widok, natychmiast wygasiło ekran… Zamurowało mnie, zupełnie nie wiedziałam jak do tego faktu podejść. Czy odpowiednio skomentować, czy milczeć?  Postanowiłam nie poruszać tego tematu, czekałam na reakcję syna. Powiesiwszy pranie na balkonie, wyszłam z jego jaskini rozpusty. Usiadłam w dużym pokoju, spokojnie zrobiłam sobie kawę i czekałam, co będzie dalej. Długo to nie trwało, z wielkim hukiem otworzyły się drzwi od jego pokoju (zastanawiające jest, że dzieci nie potrafią normalnie otworzyć drzwi, tylko zawsze robią wejście) młodzieniec poszedł niby napić się do kuchni… jakoś dziwnie patrzył na mnie, czekał najwyraźniej jakiegoś zgryźliwego komentarza, a ja nic… Wbiłam wzrok w gazetę, rzekomo zajęta interesującym artykułem… Pokrążył wokół mnie, niby satelita, w końcu wypalił: „Kocham cię mamusiu”. Od razu włączyły mi się dzwony alarmowe, bowiem wyznania miłosne w stosunku do matki, są wydzielane dość oszczędnie, rzekłabym, że tylko przy specjalnych okazjach, do których należą wszelkiego rodzaju święta, no chyba, że się ma jakiś interes… W ciemno postawiłam na to drugie. Odpowiedziałam mu w naszym tajemnym języku, czyli brzmiało to mniej więcej tak: „Ychy”… Wydźwięk tegoż „słowa” miał barwę ironiczną, co też należy do naszego stałego kodu porozumiewawczego… (Jeśli powiedziałabym, że też go kocham, to odpowiedziałby: „Kłamałem”) Odbębniwszy właściwą procedurę komunikacyjną z szesnastolatkiem, doczekałam się w końcu powodu, dla którego doczekałam się miłosnych wyznań… „Wiesz dlaczego to powiedziałem, prawda?” jasne, że tak, w końcu przed chwilą złapałam go na lataniu po stronach pornograficznych… W końcu nie wytrzymał: „I co teraz?”. No właśnie, co?? W tej chwili pomyślałam sobie, że nadszedł TEN czas… a więc czas na rozmowy o seksualności z młodzieńcem. Westchnęłam w duchu jak miech kowalski, czułam jak włosy jeżą mi się na głowie, ze zgrozy… Kiedyś tam, w prehistorycznych czasach, ustaliliśmy z jego ojcem, że to on będzie wprowadzał synka w te klimaty, natomiast ja córeczkę. Wraz z rozwodem, umowa widocznie przestała obowiązywać, bowiem tatuś ani myślał z dzieckiem o tym porozmawiać. Ograniczył się do podrzucenia dziecku stosownych książek, do których młodzieniec ani razu nie zajrzał, bowiem ma wstręt do słowa pisanego… Rad niewola zaczęłam. Młodzieniec od razu zastrzygł uszami i niecierpliwie przebierał nogami. Ze spuszczoną głową powiedziałam: „Chyba należy w końcu o tych sprawach porozmawiać”… Skupiłam się właściwie, na swoich doświadczeniach w tej materii. Mówiłam o tym pierwszym razie, co czuje wówczas… kobieta. Naciskałam, by pamiętał, że jeśli dziewczyna mówi nie, to oznacza nie… i ma to przyjąć do wiadomości. Gadałam długo, a dziecko niemal spijało słowa z mych ust… Zadawał pytania, odpowiadałam, bez ściemniania, bez udawania, że nie dosłyszałam… W końcu powiedziałam mu, by używał prezerwatyw, albowiem… tu dziecko mi przerwało: „Wiem, wiem, moje kieszonkowe nie starczą na alimenty”… Zaproponowałam pierworodnemu, że w razie czego, to kupię mu prezerwatywy (Biedronko witaj!), na co dziecko: „Sam sobie kupię, myślisz, że tego nie robiłem? Kupowałem dla kolegi, bo się wstydził”… Zbaraniałam zupełnie, no tego to się zupełnie nie spodziewałam… Już chyba zupełnie rozum pogalopował gdzieś w siną dal, bo powiedziałam, że wobec tego musimy przećwiczyć nakładanie prezerwatyw, a do tego celu wykorzystamy… banana. Tu syn się obruszył: „Dlaczego na bananie?” Na co ja zaczęłam się śmiać: „A co, może mamy ćwiczyć na twoim instrumencie?”… 
Innym razem, moja ośmioletnia córka, wyszła z łazienki z podpaskami w ręku, szczerze zainteresowana, do czego służą. Oczywiście musiałam wszystko wyjaśnić z detalami. Małej najbardziej podobało się stwierdzenie, że kiedy dziewczynka miesiączkuje, to znak, że stała się kobietą… Pognała do łazienki, bo nagle poczuła potrzebę fizjologiczną. Trochę trwało, zanim zdecydowała się z wyjść. Na ustach wykwitł jej tajemniczy uśmiech, godny samej Gioccondy, a oczy świeciły jak żarówki. „Mamo, mam dla ciebie radosną nowinę… chyba stałam się kobietą!”…. 

piątek, 3 lipca 2020

PANDA

Zanim przejdę do sedna spraw, powinnam się jakoś wytłumaczyć z mojej długiej nieobecności. Nie trafił mnie szlag, choć bywało blisko-parę razy mało nie pękłam ze złości - nieżyczliwi  powiedzieliby, że raczej z przejedzenia... Żyłam sobie w błogiej  nieświadomości i było mi z tym dobrze. W międzyczasie komputer odmówił posłuszeństwa i postanowił postawić mnie pod ścianą, żądając natychmiastowego postawienia systemu od nowa. Zanim doszłam, gdzie miałam i jakie hasła, minęło trochę czasu. W dodatku tyle się działo w moim życiu, że ostatnią rzeczą, o której myślałam, to prowadzenie bloga. Działy się rzeczy i dobre i złe, ale dziś nie będziemy o tym mówić. 
W końcu nadszedł dzień, gdzie poczułam, że mnie zadusi, jeśli nie napiszę parę słów. I pojawiła się pierwsza przeszkoda. Utraciłam hasło do mojego bloga. Ile tygodni bezskutecznie  nad tym myślałam, co chwila, wpisując dziwne rzeczy. Nic to nie dało, w końcu przyszło mi się przyznać, że zapomniałam hasła. To normalne u mnie. Pamiętacie zapewne, jak nabyłam komputer i ustawiałam hasło? 10 minut później wydało się, że je zapomniałam. Niestety z biegiem czasu te cechy raczej się utrwalają, choć zawsze mam nadzieję, że w końcu nad tym zapanuję. Póki co, notuję porażkę na tym polu. Czas najwyższy przyjąć to na klatę. 
Dostałam się w końcu do bloga i hulaj dusza. 
O czym tu napisać?
Czy aby jeszcze potrafię wywołać uśmiech?
---------------------------------------------------------------------------------

Przyszła zaraza. 
Najpierw były doniesienia ze świata, coraz bardziej straszne. Media prześcigały się w katastroficznych newsach, ale kto by tam się przejmował. To wszystko działo się daleko. A ja byłam na urlopie. I zamierzałam porządnie wypocząć. 
Pod koniec wypoczynku, odebrałam dziwny telefon:
- Dzień dobry, mówi szefowa, jak się czujesz?
O matko jedyna, z dzieckiem na ręku! Jak żyję, nigdy mnie nie spytała o zdrowie. 
- A dziękuję, bardzo dobrze - odparłam.
- Kaszlesz, masz gorączkę? - drążyła dalej.
- Nie.
- Chciałam cię poinformować, że zmienił się grafik. W związku z pandemią ustaliliśmy dyżury, przychodzisz dwa dni później, niż planowano. Poza dyżurami, pracownicy nie mogą przebywać na terenie firmy. 
Najpierw się ucieszyłam. 
Potem przyszła panika.
Trzeba zrobić zapasy.
Chyba wszyscy przeszli podobny etap. Papier toaletowy stał się dobrem niezbędnym. W jakim bym nie była sklepie, wychodziłam z rolkami kolorowego szczęścia. Nakupowałam mnóstwo rzeczy, nawet tych, których kijem nie dotknę, bo nie lubię. Lodówka pękała w szwach, zamrażarkę domykałam kolanem. 
O chlebie tostowym nie pomyślałam.
Wielbicielka tego dobra zrobiła mi dziką awanturę, po czym udała się do sklepu na zakupy. Wróciła wściekła i od drzwi wypaliła:
- Wiesz mamo, doszłam do wniosku, że powinnyśmy przerzucić się na celulozę, bo papieru toaletowego w sklepie nie brak- spojrzała ironicznie na zgromadzone przeze mnie zapasy. 
Oczywiście padało codziennie najbardziej znienawidzone przez rodziców pytanie:
- Co na obiad?
Myślałam, że oszaleję, komponując posiłki. Z nostalgią wspominałam czasy, gdy wystarczyło zaszaleć kulinarnie, stosując ulubiony przepis:
chwyć za słuchawkę, wykręć numer, zamów, czekaj, zapłać, smacznego...

Zaczęło się też kombinowanie. 
Władze nakazały siedzieć w domu. 
A mnie nosi.
Do sklepu szłam dziwną trasą, normalnie zajmuje mi  to  10 minut, w tamtym momencie bywało, że dystans pokonywałam w godzinę...
Poszłam dalej w kombinowaniu. 
Zadzwoniłam do pracy, żeby w razie czego potwierdzili, że idę do pracy. I szłam w stronę roboty. Potem dzwoniłam, że skończyłam pracę i wracam do domu...
Udało mi się też zaoszczędzić ok. 2000 zł. 
Przepis jest prosty - wyjść bez maseczki i w połowie drogi się zorientować, że kagańca brak. Gdyby wzrok mógł zabijać, to po 50 metrach bym leżała w charakterze zwłok...

Przebiła mnie jednak Królowa Matka.
Odkryła w sobie powołanie. 
Punktualnie o godzinie 10 maszerowała dziarsko do sklepu, by zająć kolejkę i wysłuchać najnowszych newsów od współtowarzyszy. Jeśli jednak któryś zapomniał maseczki, czy też nie zachował dystansu, przywoływała go do porządku. I tak codziennie. Na nic prośby, by została w domu, bo jest w grupie ryzyka. Jak znieśli godziny emeryckie, była niepocieszona... 

Nabyłam sobie maskę do jazdy na rowerze w smogu. Miałam dużo czasu, zatem przed pracą zrobiłam pełny makijaż, pięknie się wystroiłam i jazda...
Mijałam nielicznych przechodniów, ale każdy się dziwnie na mnie patrzył. 
W końcu dojechałam na miejsce. Wchodzę do budynku, a koleżanka zwróciła mi uwagę:
- Trochę się rozmazałaś...
Zajrzałam do lustra i oniemiałam.
Wyglądałam jak panda! 
Tusz do rzęs rozmazał mi się dookoła i za nic nie mogłam tego zmyć...
Wracając na rowerze do domu, już nikomu profilaktycznie nie zaglądałam w oczy... 

wtorek, 4 grudnia 2018

Następny tydzień

We wtorek zniknął czajnik na naszym piętrze. Podstawka została samotna, reszty nie było. Współmieszkańcy rozglądali się wokoło, typując sprawcę. Nawet ja byłam podejrzana. Nie dość, że blisko miałam pokój, to jeszcze charytatywnie dolewałam wody do czajnika. Jak nic musiałam schować, zirytowana niechcianym obowiązkiem.  Młode sąsiadki były bardziej podejrzane, bo głośno skarżyły się wcześniej, że czajnik nie pozwala im spać, albo budzą się bladym świtem, bo ktoś urządza pogaduszki, zalewając poranną kawę. 
Natychmiast zawiązał się komitet czajnikowy. Na całym piętrze można było usłyszeć głosy oburzenia. Należałam do tych, którzy z rozpaczą patrzyli na puste miejsce po czajniku. Widmo braku porannej kawy było zbyt przerażające, by optymistycznie patrzeć w przyszłość. Desperaci chodzili piętro niżej z własną wodą i korzystali z uprzejmości współmieszkańców. Właściwie nie powiem, byśmy byli radośnie witani... Jak nie patrzeć chętnych do wrzątku było o wiele więcej niż zwykle, co przedłużało oczekiwanie. Skutkiem tego wyrozumiałość towarzyszy ćwiczeń była na granicy wybuchu. 
Komitet czajnikowy wystosował delegację, która miała za zadanie wymusić na personelu zorganizowanie czajnika zastępczego. Awantury nic nie dały, z kamienną twarzą zaproponowano "wypożyczenie" sprzętu. Bardziej zdesperowani nabyli w ten sposób prawo do robienia kawy we własnym zakresie, w swoim pokoju. 
Nie pobiegłam do wypożyczalni, bo uknułam plan, w którym to pojadę do domu i przywiozę sprzęt. Ale do soboty trzeba było biegać po piętrach i uważać na schodach...
Jak wymyśliłam, tak zrobiłam. Udałam się do Ordynatora i poprosiłam o przepustkę na sobotę i niedzielę. Nie umiem ściemniać, więc powiedziałam prawdę, że chcę sprawdzić, co moja małolata robi w domu, czy jeszcze moje kwiatki żyją...
W sobotę przyjechałam do domu. Ledwie drzwi otworzyłam, jak się okazało, że przez czas mojej nieobecności małolata wcale nie sprzątała. W dodatku w lodówce było echo... Wyjadła to, co zostawiłam, po czym czekała na mamusię. Już na klatce schodowej dostałam wścieklizny, bo przeczytałam ogłoszenie, że odetną mnie od gazu, jeśli nie będę w następnym terminie i nie przyjmę wizyty gazownika i kominiarza.  
A pytałam dziecko, czy jest jakieś ogłoszenie w tej sprawie...
Rozumiem, że mnie odetną od gazu, ale kominiarz co mi zrobi? Zaczopuje otwory wentylacyjne?
Tak czy siak, czekała mnie następna przepustka.
W dodatku kwiatki nie były podlewane, w doniczkach istna pustynia...
A wczoraj przysięgała przez telefon, że podlała...
Weekend spędziłam na odpoczywaniu, czyli  prałam, sprzątałam, myłam i gotowałam, oraz podlewałam.
W poniedziałek rano stawiłam się w sanatorium. Ledwie otworzyłam drzwi, jak Ewa się ucieszyła:
- Nie mogłaś później przyjechać? Od 6 czekam i czekam, miałaś być na 8 ! Bałam się, że się spóźnisz!
- Jest za pięć ósma...
- No właśnie...

CDN

wtorek, 7 sierpnia 2018

NASTĘPNY TYDZIEŃ - Poniedziałek

Po śniadaniu od razu pobiegłam sprawdzić, czy moje zaginione podkolanówki  są tam, gdzie je zostawiłam. Były... a to oznacza, że nie jestem pierwszą i ostatnią sierotą, która zgubiła tutaj swoją garderobę. Wdziałam podkolanówki i pobiegłam do kolejki. A tam, jak zwykle... komitet kolejkowy i odwieczna kłótnia, kto wchodzi następny. Moja partnerka porzuciła mnie beztrosko, na rzecz nowej znajomej. Bywa, przełknęłam afront i sparowałam się z inną niewiastą. Do końca turnusu nie zdradziłam partnerki, tym bardziej że obie preferowałyśmy wersję najkrótszą. I chyba jako jedne z nielicznych nie dorobiłyśmy się odmrożeń... Co najśmieszniejsze, żaden z panów nie cierpiał na tę przypadłość. 

I znowu basen.
Tym razem miałam wrażenie, że zmniejszył mi się obwód w pasie i nie tylko tam. Otóż machając nogami, odkryłam, że mój strój kąpielowy ma tendencje do cudownej zamiany w stringi. Na szczęście góra się trzymała, jeszcze było na czym... Natomiast dolne partie majtały się to w lewo, to w prawo... 
Nawet nie miałam jak się poobijać, bowiem byłam pilnowana przez instruktorkę i ratownika... Może dlatego, że przepłynęłam pod wodą ten mini basen? Nie... przecież wypłynęłam...
Przez osoby, które nie umiały pływać, zostałam uznana za mistrza, a fachowców opinii nie byłam ciekawa. Znam ją przecież... Od lat mnie zapraszają na kursy... 

Na obiad rzuciłam się, jakbym cały dzień nic nie jadła. Bez skrępowania nałożyłam sobie solidną porcję surówki, nie patrząc profilaktycznie panom w oczy. Jeszcze bym wyczytała w nich solidny wyrzut? Bo przecież są więksi, potrzebują więcej kalorii, mikroelementów, witamin... 
To niech se kupią...
Mają samochody, mogą se podjechać do miasteczka, ja mam tylko własne, leniwe nogi. 
Kątem oka widziałam jak Ewa, przy sąsiednim stoliku, robi to samo co ja. W przeciwieństwie do moich współtowarzyszy, jej zaprotestowali głośno i wyraźnie, przy próbie zaanektowania połowy surówki. Zwłaszcza pan, który był chory na cukrzycę i miał dietetyczne danie, ale chęć na "zwykłe" żarcie...
Ewa zademonstrowała nagłe ogłuchnięcie i nic sobie z protestów nie robiła, zajadając ze smakiem to, co zaanektowała. 
Najwyraźniej na stołówce panowało prawo dżungli, czyli co upolujesz to masz na talerzu. 

Sprytnie wszystkie zabiegi odbyłam do obiadu, miałam teraz czas wolny, który postanowiłam spożytkować na nadrabianie lektur. Zdrowa sjesta, prawda? 
Ewa jeszcze biegała na zabiegi, ja zległam z książką w dłoni. Cudowna cisza, literki i ja...
Długo nie musiałam czekać, jak nadeszła moja współlokatorka i od razu włączyła radio. Ledwie udała się do łazienki, jak próbowałam ściszyć. Widocznie doznała nagłej poprawy słuchu, bowiem tylko wyszła i podkręciła głośnik. 
- Znowu ściszyłaś!
No cóż, nie wypierałam się.
Postanowiłam załatwić to inaczej. Na dole był bar, stoliki, fotele... i mało ludzi o tej porze. Zabrałam swoje zabawki i poszłam na dół. A tam zamówiłam piwo i przez jakiś czas siedziałam, czytając książkę. Piwo mi nie szło, jakoś nie miałam ochoty. Nie wiem, czy to jakiś pech, czy to zbieg okoliczności, bowiem co chwila ktoś do mnie podchodził i przerywał mi lekturę. Okazało się, że za chwilę będzie karaoke.
Włos mi się zjeżył na głowie. Wiadomo, że każdy śpiewać może, Szeherka nie powinna... A tu wszyscy odnieśli mylne wrażenie, że zostanę gwiazdą wieczoru! W tej intencji pobiegli po współtowarzyszy, żeby też byli świadkami, moich artystycznych uzdolnień.
Ledwie udało mi się umknąć. 
Po raz pierwszy zamknęłam drzwi na klucz (zatrzaskowe). Obudziłam tym samym drzemiącą Ewę. 
- Co się dzieje? 
- Nic, nic... śpij... - wyszeptałam.
I do kolacji siedziałam jak mysz pod miotłą, udając, że mnie wcale tu nie ma.
Podczas posiłku okazało się, że moja panika była przedwczesna. Karaoke miało odbyć się po kolacji...

Tej nocy Ewa dała koncert. Chrapała tak, że myślałam, iż sąsiedzi zaczną się domagać respektowania ciszy nocnej. Co ja nie wyprawiałam, by uciszyć współlokatorkę, gwizdałam, cmokałam, jęczałam... nawet trzaskałam drzwiami od łazienki, na próżno. Przypuszczam, że mogłyby walić nad jej uchem armaty, a i tak nie zbudziłaby się na pewno.
Rano wstała rześka, jak skowronek... w przeciwieństwie do mnie... 

środa, 11 lipca 2018

Sanatorium - dzień 6 (niedziela)

Rozpusta.
Zero zabiegów, zero tortur ćwiczebnych, żyć nie umierać. 
Tylko po co wstałam o 4 rano??
Ewa spała jak zabita, a ja co miałam robić... Zrobiłam sobie kawę. Odpaliłam kompa, licząc na to, że o tej porze pensjonariusze sanatorium śpią i uda mi się podłączyć do sieci. A gdzie tam, chyba wszyscy na czatach siedzieli...
Chwyciłam za książkę i odleciałam. Nawet nie zauważyłam, jak wspólniczka się obudziła. Pewnie dalej bym była w świecie fantazji, gdyby nie głos nade mną:
- A ta znowu czyta!
I to zgorszenie... 
Tylko wzdrygnęłam ramionami. Bo i z czego miałam się tłumaczyć? Jestem niereformowalna, żadne persfazje nie oderwą mnie od książek. Już rodzice próbowali, nauczyciele, pracownicy, bezowocnie. 
- Głodna jestem! - usłyszałam.
Mój organizm, jakby solidaryzując się z koleżanką, wysłał sygnał dźwiękowy. 
- Która godzina?
- Szósta  -  odpowiedziałam.
Do śniadania dwie i pół godziny a my zjadłybyśmy żubra z kopytami. Nagle przypomniałam sobie, że kupiłam w biedronce czekoladę. Natychmiast wjechała na stół.
- To tak się odchudzasz? - zaśmiała się Ewa, sięgając po kawałek specjału.
Co ja zrobię, że na hasło odchudzania natychmiast chce mi się wszystkiego, co niedozwolone. Zespołowo wrąbałyśmy czekoladę i od razu świat nabrał jaśniejszej barwy.
O 8 30 zjawiłyśmy się w jadalni, współtowarzysze od stolika już byli na miejscach. Myślicie, że pogardziłyśmy śniadaniem? A skąd... 
Po posiłku wróciłyśmy do pokoju i zaraz zaczęłyśmy się zastanawiać, co robić z dzisiejszym dniem. Namówiłam Ewę na spacer do Augustowa, zapewniając, że z ośrodka wcale nie jest tak daleko. Mając wolny czas do 14 grzech nie skorzystać. Poszłyśmy. Po drodze zrobiłam jej sesję zdjęciową swoją komórką, więc była zadowolona. Już w Augustowie zaliczyłyśmy pierwszą lepszą lodziarnię i spacerowałyśmy, rozpoznając teren. Pod słynnym Albatrosem znajdowała się ławeczka, a na niej posąg sławetnej Beaty. Nie omieszkałam sobie zrobić zdjęcia. Jak nie patrzeć, na ławeczce znalazły się Beaty, jedna 17 - letnia (wyglądała na starszą), druga 30 lat później (wyglądała na młodszą). Nie opublikuję zdjęcia, albowiem uwieczniona zostałam z 2 lodami (ktoś mi to zdjęcie robił i ma imię na literę E).
W samo południe zgłodniałam, być może przez tę poranną czekoladę. Mijając cukiernię, zapragnęłam pożreć jakieś ciacho w towarzystwie dobrej kawy. Ewa się opierała, ale byłam głucha na jej argumenty. Miałam jeden koronny: raz się żyje! Niemalże siłą wciągnęłam ją do cukierni, zamówiłam ciacha i kawy, po czym degustowałyśmy. Niebo w gębie. 
Później w sennym nastroju, udałyśmy się w drogę powrotną. Gdy byłyśmy na moście jakiś pan, ubrany w sukmanę przepasaną sznurkiem krzyczał do nas z dołu, byśmy wskoczyły na wikingowski statek. Odrzuciłyśmy serdeczne zaproszenie, obiecując, że przepłyniemy następnym razem, a teraz czas nas goni. W połowie drogi do bazy Ewie przyszła myśl do głowy:
- A mógł nas podrzucić obok, bo jest gdzie zacumować.
- Za darmo to raczej wątpię, by mu się chciało  -  odparłam. 
Bez przygód dotarłyśmy do celu.
Obiad był taki sobie, jeszcze mi to ciacho leżało na żołądku, więc słabo jadłam. Nie wyrywałam koledze, jak zwykle półmiska z surówką, ziemniaczków trochę pociapałam... Z poczucia obowiązku zjadłam mięsko, bo przecież do 18 trzeba jakoś przetrwać. 
Jak tylko dotarłam do pokoju, rzuciłam się na łóżko i zasnęłam, podobnie jak koleżanka. Pogoda była przepiękna, inni kuracjusze opalali się nad jeziorem, a my chrapałyśmy w swoim pokoju. 
Na kolację przyszłyśmy jak zombie. 
Potem się nieco ożywiłyśmy, bo rozpoczęła się impreza plenerowa: ognisko, kiełbaski, śpiewy, tańce, swawole oraz komarzyce. Z tej ostatniej przyczyny zrezygnowałyśmy z bezpośredniego udziału. Zamiast tego, Ewa zajęła miejsce strategiczne na balkonie i donosiła mi najnowsze wieści, a ja tymczasem zatopiłam się w świat książkowych przygód. Mogłam to zrobić, bo radio zostało zgaszone na rzecz podsłuchiwania odgłosów podwórkowej biesiady. W sumie nic nie straciłam. Dzięki Ewie byłam na bieżąco. W końcu zrobiło się zimno, koleżanka zrezygnowała z monitorowania imprezy i udała się na spoczynek. Dawno chrapała, zanim i ja zamknęłam oczy... 

sobota, 23 czerwca 2018

Sanatorium - Dzień piąty (sobota)


Znowu te trele, coś cudownego! Nagle usłyszałam charakterystyczny dźwięk wydawany przez drapieżnika. Wyrwało mnie z łoża, biegiem na balkon, ale nie zauważyłam ptaka. Wracając do łóżka, zwróciłam uwagę na martwe muchy i komary, które leżały rozsiane po całej podłodze. Doszłam do jedynie słusznego wniosku, że konsumowanie mojej osoby grozi śmiercią. Chyba że zdechły z przejedzenia... 
Po śniadaniu pobiegłam do komory krio, w poszukiwaniu zaginionych skarpetek. Niestety tego dnia nie było tych zabiegów, zatem pocałowawszy klamkę, udałam się na zabiegi właściwe. 
Podczas okładów z borowiny, zasnęłam i trochę zeszło, zanim udało się personelowi, sprowadzić mnie do świata żywych. A było tak pięknie! 
Tego dnia biegałam na orbiterze w odpowiednią stronę. Było tylko troszkę lżej. Po ćwiczeniach grupowych znowu się czołgaliśmy do swoich pokoi. 
Gdy wróciłam, zaskoczył mnie widok gołębia, który chodził po pokoju, jak po swoim, bez żadnego strachu. Chyba nie dotarły do niego wieści, kogo ma przed sobą. Możliwe też, że to desperat, chcący zakończyć swoje ptasie życie... Dostał natychmiastową  eksmisję, przy słownej zachęcie. Zamknęłam balkon i co widzę? To stworzenie stoi naprzeciwko mnie i się gapi ani myśląc udać się gdzieś w nieznane... 
Drugim niechcianym gościem był szerszeń, który chyba sobie upodobał nasz pokój. Codziennie przylatywał, a mnie się udawało go jakoś wyprosić bez strat własnych. W końcu Ewa się zirytowała i wydała na niego wyrok śmierci. Tyle że to ja miałam go wykonać. Odmówiłam przeczuwając, że z moim szczęściem, to po takiej akcji wyląduję na intensywnej terapii... Co innego trząść firanką w ramach zachęty, a co innego mierzyć w niego laczkiem. Ewa dokonała egzekucji kapciem, bez strat własnych. 
Po obiedzie poszłyśmy na spacer, przed siebie, ale tym razem z powodów zdrowotnych (ach te komarzyce... ) udałyśmy się w stronę bardziej cywilizowaną, czyli przy ulicy. Półtora kilometra dalej odkryłyśmy raj, znaczy się Biedronkę. Nie było mocnych na mnie, natychmiast skierowałam się w tamtą stronę. A tam istne eldorado książkowe! Zakupiłam dwa tomy, po 900 stron każdy. Współlokatorka śmiała się, że do końca turnusu nie przeczytam. Kobieta małej wiary! Nie tylko przeczytałam te dwie, ale jeszcze dowiozłam z domu oraz pożyczyłam od innych pacjentek.
 W owym sklepie spotkałam kuracjuszy rodzaju męskiego, którzy chcieli nabyć bardziej szlachetne trunki. Zobaczywszy co mam w koszyku, zaczęli się śmiać: 
- Kawa inka ?? Książki ??
Cóż, będę musiała z tym żyć...