wtorek, 4 grudnia 2018

Następny tydzień

We wtorek zniknął czajnik na naszym piętrze. Podstawka została samotna, reszty nie było. Współmieszkańcy rozglądali się wokoło, typując sprawcę. Nawet ja byłam podejrzana. Nie dość, że blisko miałam pokój, to jeszcze charytatywnie dolewałam wody do czajnika. Jak nic musiałam schować, zirytowana niechcianym obowiązkiem.  Młode sąsiadki były bardziej podejrzane, bo głośno skarżyły się wcześniej, że czajnik nie pozwala im spać, albo budzą się bladym świtem, bo ktoś urządza pogaduszki, zalewając poranną kawę. 
Natychmiast zawiązał się komitet czajnikowy. Na całym piętrze można było usłyszeć głosy oburzenia. Należałam do tych, którzy z rozpaczą patrzyli na puste miejsce po czajniku. Widmo braku porannej kawy było zbyt przerażające, by optymistycznie patrzeć w przyszłość. Desperaci chodzili piętro niżej z własną wodą i korzystali z uprzejmości współmieszkańców. Właściwie nie powiem, byśmy byli radośnie witani... Jak nie patrzeć chętnych do wrzątku było o wiele więcej niż zwykle, co przedłużało oczekiwanie. Skutkiem tego wyrozumiałość towarzyszy ćwiczeń była na granicy wybuchu. 
Komitet czajnikowy wystosował delegację, która miała za zadanie wymusić na personelu zorganizowanie czajnika zastępczego. Awantury nic nie dały, z kamienną twarzą zaproponowano "wypożyczenie" sprzętu. Bardziej zdesperowani nabyli w ten sposób prawo do robienia kawy we własnym zakresie, w swoim pokoju. 
Nie pobiegłam do wypożyczalni, bo uknułam plan, w którym to pojadę do domu i przywiozę sprzęt. Ale do soboty trzeba było biegać po piętrach i uważać na schodach...
Jak wymyśliłam, tak zrobiłam. Udałam się do Ordynatora i poprosiłam o przepustkę na sobotę i niedzielę. Nie umiem ściemniać, więc powiedziałam prawdę, że chcę sprawdzić, co moja małolata robi w domu, czy jeszcze moje kwiatki żyją...
W sobotę przyjechałam do domu. Ledwie drzwi otworzyłam, jak się okazało, że przez czas mojej nieobecności małolata wcale nie sprzątała. W dodatku w lodówce było echo... Wyjadła to, co zostawiłam, po czym czekała na mamusię. Już na klatce schodowej dostałam wścieklizny, bo przeczytałam ogłoszenie, że odetną mnie od gazu, jeśli nie będę w następnym terminie i nie przyjmę wizyty gazownika i kominiarza.  
A pytałam dziecko, czy jest jakieś ogłoszenie w tej sprawie...
Rozumiem, że mnie odetną od gazu, ale kominiarz co mi zrobi? Zaczopuje otwory wentylacyjne?
Tak czy siak, czekała mnie następna przepustka.
W dodatku kwiatki nie były podlewane, w doniczkach istna pustynia...
A wczoraj przysięgała przez telefon, że podlała...
Weekend spędziłam na odpoczywaniu, czyli  prałam, sprzątałam, myłam i gotowałam, oraz podlewałam.
W poniedziałek rano stawiłam się w sanatorium. Ledwie otworzyłam drzwi, jak Ewa się ucieszyła:
- Nie mogłaś później przyjechać? Od 6 czekam i czekam, miałaś być na 8 ! Bałam się, że się spóźnisz!
- Jest za pięć ósma...
- No właśnie...

CDN

wtorek, 7 sierpnia 2018

NASTĘPNY TYDZIEŃ - Poniedziałek

Po śniadaniu od razu pobiegłam sprawdzić, czy moje zaginione podkolanówki  są tam, gdzie je zostawiłam. Były... a to oznacza, że nie jestem pierwszą i ostatnią sierotą, która zgubiła tutaj swoją garderobę. Wdziałam podkolanówki i pobiegłam do kolejki. A tam, jak zwykle... komitet kolejkowy i odwieczna kłótnia, kto wchodzi następny. Moja partnerka porzuciła mnie beztrosko, na rzecz nowej znajomej. Bywa, przełknęłam afront i sparowałam się z inną niewiastą. Do końca turnusu nie zdradziłam partnerki, tym bardziej że obie preferowałyśmy wersję najkrótszą. I chyba jako jedne z nielicznych nie dorobiłyśmy się odmrożeń... Co najśmieszniejsze, żaden z panów nie cierpiał na tę przypadłość. 

I znowu basen.
Tym razem miałam wrażenie, że zmniejszył mi się obwód w pasie i nie tylko tam. Otóż machając nogami, odkryłam, że mój strój kąpielowy ma tendencje do cudownej zamiany w stringi. Na szczęście góra się trzymała, jeszcze było na czym... Natomiast dolne partie majtały się to w lewo, to w prawo... 
Nawet nie miałam jak się poobijać, bowiem byłam pilnowana przez instruktorkę i ratownika... Może dlatego, że przepłynęłam pod wodą ten mini basen? Nie... przecież wypłynęłam...
Przez osoby, które nie umiały pływać, zostałam uznana za mistrza, a fachowców opinii nie byłam ciekawa. Znam ją przecież... Od lat mnie zapraszają na kursy... 

Na obiad rzuciłam się, jakbym cały dzień nic nie jadła. Bez skrępowania nałożyłam sobie solidną porcję surówki, nie patrząc profilaktycznie panom w oczy. Jeszcze bym wyczytała w nich solidny wyrzut? Bo przecież są więksi, potrzebują więcej kalorii, mikroelementów, witamin... 
To niech se kupią...
Mają samochody, mogą se podjechać do miasteczka, ja mam tylko własne, leniwe nogi. 
Kątem oka widziałam jak Ewa, przy sąsiednim stoliku, robi to samo co ja. W przeciwieństwie do moich współtowarzyszy, jej zaprotestowali głośno i wyraźnie, przy próbie zaanektowania połowy surówki. Zwłaszcza pan, który był chory na cukrzycę i miał dietetyczne danie, ale chęć na "zwykłe" żarcie...
Ewa zademonstrowała nagłe ogłuchnięcie i nic sobie z protestów nie robiła, zajadając ze smakiem to, co zaanektowała. 
Najwyraźniej na stołówce panowało prawo dżungli, czyli co upolujesz to masz na talerzu. 

Sprytnie wszystkie zabiegi odbyłam do obiadu, miałam teraz czas wolny, który postanowiłam spożytkować na nadrabianie lektur. Zdrowa sjesta, prawda? 
Ewa jeszcze biegała na zabiegi, ja zległam z książką w dłoni. Cudowna cisza, literki i ja...
Długo nie musiałam czekać, jak nadeszła moja współlokatorka i od razu włączyła radio. Ledwie udała się do łazienki, jak próbowałam ściszyć. Widocznie doznała nagłej poprawy słuchu, bowiem tylko wyszła i podkręciła głośnik. 
- Znowu ściszyłaś!
No cóż, nie wypierałam się.
Postanowiłam załatwić to inaczej. Na dole był bar, stoliki, fotele... i mało ludzi o tej porze. Zabrałam swoje zabawki i poszłam na dół. A tam zamówiłam piwo i przez jakiś czas siedziałam, czytając książkę. Piwo mi nie szło, jakoś nie miałam ochoty. Nie wiem, czy to jakiś pech, czy to zbieg okoliczności, bowiem co chwila ktoś do mnie podchodził i przerywał mi lekturę. Okazało się, że za chwilę będzie karaoke.
Włos mi się zjeżył na głowie. Wiadomo, że każdy śpiewać może, Szeherka nie powinna... A tu wszyscy odnieśli mylne wrażenie, że zostanę gwiazdą wieczoru! W tej intencji pobiegli po współtowarzyszy, żeby też byli świadkami, moich artystycznych uzdolnień.
Ledwie udało mi się umknąć. 
Po raz pierwszy zamknęłam drzwi na klucz (zatrzaskowe). Obudziłam tym samym drzemiącą Ewę. 
- Co się dzieje? 
- Nic, nic... śpij... - wyszeptałam.
I do kolacji siedziałam jak mysz pod miotłą, udając, że mnie wcale tu nie ma.
Podczas posiłku okazało się, że moja panika była przedwczesna. Karaoke miało odbyć się po kolacji...

Tej nocy Ewa dała koncert. Chrapała tak, że myślałam, iż sąsiedzi zaczną się domagać respektowania ciszy nocnej. Co ja nie wyprawiałam, by uciszyć współlokatorkę, gwizdałam, cmokałam, jęczałam... nawet trzaskałam drzwiami od łazienki, na próżno. Przypuszczam, że mogłyby walić nad jej uchem armaty, a i tak nie zbudziłaby się na pewno.
Rano wstała rześka, jak skowronek... w przeciwieństwie do mnie... 

środa, 11 lipca 2018

Sanatorium - dzień 6 (niedziela)

Rozpusta.
Zero zabiegów, zero tortur ćwiczebnych, żyć nie umierać. 
Tylko po co wstałam o 4 rano??
Ewa spała jak zabita, a ja co miałam robić... Zrobiłam sobie kawę. Odpaliłam kompa, licząc na to, że o tej porze pensjonariusze sanatorium śpią i uda mi się podłączyć do sieci. A gdzie tam, chyba wszyscy na czatach siedzieli...
Chwyciłam za książkę i odleciałam. Nawet nie zauważyłam, jak wspólniczka się obudziła. Pewnie dalej bym była w świecie fantazji, gdyby nie głos nade mną:
- A ta znowu czyta!
I to zgorszenie... 
Tylko wzdrygnęłam ramionami. Bo i z czego miałam się tłumaczyć? Jestem niereformowalna, żadne persfazje nie oderwą mnie od książek. Już rodzice próbowali, nauczyciele, pracownicy, bezowocnie. 
- Głodna jestem! - usłyszałam.
Mój organizm, jakby solidaryzując się z koleżanką, wysłał sygnał dźwiękowy. 
- Która godzina?
- Szósta  -  odpowiedziałam.
Do śniadania dwie i pół godziny a my zjadłybyśmy żubra z kopytami. Nagle przypomniałam sobie, że kupiłam w biedronce czekoladę. Natychmiast wjechała na stół.
- To tak się odchudzasz? - zaśmiała się Ewa, sięgając po kawałek specjału.
Co ja zrobię, że na hasło odchudzania natychmiast chce mi się wszystkiego, co niedozwolone. Zespołowo wrąbałyśmy czekoladę i od razu świat nabrał jaśniejszej barwy.
O 8 30 zjawiłyśmy się w jadalni, współtowarzysze od stolika już byli na miejscach. Myślicie, że pogardziłyśmy śniadaniem? A skąd... 
Po posiłku wróciłyśmy do pokoju i zaraz zaczęłyśmy się zastanawiać, co robić z dzisiejszym dniem. Namówiłam Ewę na spacer do Augustowa, zapewniając, że z ośrodka wcale nie jest tak daleko. Mając wolny czas do 14 grzech nie skorzystać. Poszłyśmy. Po drodze zrobiłam jej sesję zdjęciową swoją komórką, więc była zadowolona. Już w Augustowie zaliczyłyśmy pierwszą lepszą lodziarnię i spacerowałyśmy, rozpoznając teren. Pod słynnym Albatrosem znajdowała się ławeczka, a na niej posąg sławetnej Beaty. Nie omieszkałam sobie zrobić zdjęcia. Jak nie patrzeć, na ławeczce znalazły się Beaty, jedna 17 - letnia (wyglądała na starszą), druga 30 lat później (wyglądała na młodszą). Nie opublikuję zdjęcia, albowiem uwieczniona zostałam z 2 lodami (ktoś mi to zdjęcie robił i ma imię na literę E).
W samo południe zgłodniałam, być może przez tę poranną czekoladę. Mijając cukiernię, zapragnęłam pożreć jakieś ciacho w towarzystwie dobrej kawy. Ewa się opierała, ale byłam głucha na jej argumenty. Miałam jeden koronny: raz się żyje! Niemalże siłą wciągnęłam ją do cukierni, zamówiłam ciacha i kawy, po czym degustowałyśmy. Niebo w gębie. 
Później w sennym nastroju, udałyśmy się w drogę powrotną. Gdy byłyśmy na moście jakiś pan, ubrany w sukmanę przepasaną sznurkiem krzyczał do nas z dołu, byśmy wskoczyły na wikingowski statek. Odrzuciłyśmy serdeczne zaproszenie, obiecując, że przepłyniemy następnym razem, a teraz czas nas goni. W połowie drogi do bazy Ewie przyszła myśl do głowy:
- A mógł nas podrzucić obok, bo jest gdzie zacumować.
- Za darmo to raczej wątpię, by mu się chciało  -  odparłam. 
Bez przygód dotarłyśmy do celu.
Obiad był taki sobie, jeszcze mi to ciacho leżało na żołądku, więc słabo jadłam. Nie wyrywałam koledze, jak zwykle półmiska z surówką, ziemniaczków trochę pociapałam... Z poczucia obowiązku zjadłam mięsko, bo przecież do 18 trzeba jakoś przetrwać. 
Jak tylko dotarłam do pokoju, rzuciłam się na łóżko i zasnęłam, podobnie jak koleżanka. Pogoda była przepiękna, inni kuracjusze opalali się nad jeziorem, a my chrapałyśmy w swoim pokoju. 
Na kolację przyszłyśmy jak zombie. 
Potem się nieco ożywiłyśmy, bo rozpoczęła się impreza plenerowa: ognisko, kiełbaski, śpiewy, tańce, swawole oraz komarzyce. Z tej ostatniej przyczyny zrezygnowałyśmy z bezpośredniego udziału. Zamiast tego, Ewa zajęła miejsce strategiczne na balkonie i donosiła mi najnowsze wieści, a ja tymczasem zatopiłam się w świat książkowych przygód. Mogłam to zrobić, bo radio zostało zgaszone na rzecz podsłuchiwania odgłosów podwórkowej biesiady. W sumie nic nie straciłam. Dzięki Ewie byłam na bieżąco. W końcu zrobiło się zimno, koleżanka zrezygnowała z monitorowania imprezy i udała się na spoczynek. Dawno chrapała, zanim i ja zamknęłam oczy... 

sobota, 23 czerwca 2018

Sanatorium - Dzień piąty (sobota)


Znowu te trele, coś cudownego! Nagle usłyszałam charakterystyczny dźwięk wydawany przez drapieżnika. Wyrwało mnie z łoża, biegiem na balkon, ale nie zauważyłam ptaka. Wracając do łóżka, zwróciłam uwagę na martwe muchy i komary, które leżały rozsiane po całej podłodze. Doszłam do jedynie słusznego wniosku, że konsumowanie mojej osoby grozi śmiercią. Chyba że zdechły z przejedzenia... 
Po śniadaniu pobiegłam do komory krio, w poszukiwaniu zaginionych skarpetek. Niestety tego dnia nie było tych zabiegów, zatem pocałowawszy klamkę, udałam się na zabiegi właściwe. 
Podczas okładów z borowiny, zasnęłam i trochę zeszło, zanim udało się personelowi, sprowadzić mnie do świata żywych. A było tak pięknie! 
Tego dnia biegałam na orbiterze w odpowiednią stronę. Było tylko troszkę lżej. Po ćwiczeniach grupowych znowu się czołgaliśmy do swoich pokoi. 
Gdy wróciłam, zaskoczył mnie widok gołębia, który chodził po pokoju, jak po swoim, bez żadnego strachu. Chyba nie dotarły do niego wieści, kogo ma przed sobą. Możliwe też, że to desperat, chcący zakończyć swoje ptasie życie... Dostał natychmiastową  eksmisję, przy słownej zachęcie. Zamknęłam balkon i co widzę? To stworzenie stoi naprzeciwko mnie i się gapi ani myśląc udać się gdzieś w nieznane... 
Drugim niechcianym gościem był szerszeń, który chyba sobie upodobał nasz pokój. Codziennie przylatywał, a mnie się udawało go jakoś wyprosić bez strat własnych. W końcu Ewa się zirytowała i wydała na niego wyrok śmierci. Tyle że to ja miałam go wykonać. Odmówiłam przeczuwając, że z moim szczęściem, to po takiej akcji wyląduję na intensywnej terapii... Co innego trząść firanką w ramach zachęty, a co innego mierzyć w niego laczkiem. Ewa dokonała egzekucji kapciem, bez strat własnych. 
Po obiedzie poszłyśmy na spacer, przed siebie, ale tym razem z powodów zdrowotnych (ach te komarzyce... ) udałyśmy się w stronę bardziej cywilizowaną, czyli przy ulicy. Półtora kilometra dalej odkryłyśmy raj, znaczy się Biedronkę. Nie było mocnych na mnie, natychmiast skierowałam się w tamtą stronę. A tam istne eldorado książkowe! Zakupiłam dwa tomy, po 900 stron każdy. Współlokatorka śmiała się, że do końca turnusu nie przeczytam. Kobieta małej wiary! Nie tylko przeczytałam te dwie, ale jeszcze dowiozłam z domu oraz pożyczyłam od innych pacjentek.
 W owym sklepie spotkałam kuracjuszy rodzaju męskiego, którzy chcieli nabyć bardziej szlachetne trunki. Zobaczywszy co mam w koszyku, zaczęli się śmiać: 
- Kawa inka ?? Książki ??
Cóż, będę musiała z tym żyć...

poniedziałek, 11 czerwca 2018

SANATORIUM - dzień czwarty


Znowu obudziły mnie ptaki. Rozczochrana jak nieboskie stworzenie, otworzyłam drzwi od pokoju, by wyjrzeć czy trzeba dolać wody do czajnika. Nadziałam się na amatora porannej kawy. Niezrażona,  że w niekompletnym stroju, przywitałam się. Facet obciął mnie wzrokiem od góry do dołu, ale widocznie nie znalazłam uznania w jego oczach, bo natychmiast stracił zainteresowanie moją osobą. No może niekoniecznie, albowiem skupił się na czajniku. Zapewne podejrzewał mnie o przestępcze skłonności, w rodzaju podebrania mu wrzątku. Ani myślałam sterczeć bez majtek na korytarzu (bo w piżamie), toteż od czasu do czasu tylko wystawiałam głowę, by podpatrzeć, czy czajnik wolny. W końcu się doczekałam. Zatankowałam do pełna, dolałam też wody do specjalnego pojemnika, dla innych. Czekałam, aż mi się woda ugotuje, chcąc zakosztować porannej kawy. W międzyczasie próbowałam odpalić internet, z marnym skutkiem. W końcu wystawiłam głowę zza drzwi, by zobaczyć, jak mój wrzątek jest niesiony do pokoju w głębi korytarza. Mało tego, podczas gdy ja walczyłam o łącze, utworzył się komitet czajnikowy, a ja ewidentnie wypadłam z kolejki. Zanim się doczekałam wrzątku, trzy razy  dolewałam wodę do czajnika. Miałam najbliżej do zlewu, zatem z automatu awansowałam na stanowisko lejwody. Oczywiście nie byłam ujęta w harmonogramie zalewania kubka. Przeszłam niezły trening cierpliwości, choć z tego nie słynę, ale w końcu się doczekałam. 
Jaka ta kawa pyszna! (tym bardziej że jedyna w ciągu dnia). 
Potem przyszedł czas na podrasowanie ciśnienia. Wyznaję, że nieco oszukiwałam, bo przed mierzeniem ciśnienia aplikowałam sobie magnez z potasem. Bałam się, że mnie nie wpuszczą do krio. Chyba trochę przesadziłam, bo wyszło 110/70 i bardzo słaby puls, co zasiało wątpliwości, czy mogę wejść do komory. W końcu zaryzykowano i dostałam zielone światło.
Po śniadaniu pobiegłam na krio. Przebrałam się, odczekałam swoje i weszłam z koleżanką, która była uprzedzona wcześniej o mojej nietypowej tendencji w związku z zimnem. Od razu uderzenie lodowatego zimna podziałało na moje komórki tłuszczowe. Mam wrażenie, że nagle się skurczyły i oto przyciasne spodenki zrobiły się luźne i zaczęły spadać. Głupio byłoby wyjść z komory zimna ze spodenkami na kostkach, zatem próbowałam je podciągnąć, wciąż energicznie tupiąc drewniakami. Skutkiem tego, wywinęłam klasycznego orła. Współtowarzyszka się wystraszyła, że zemdlałam i chciała zawiadomić personel. Dałam jej znać, że nic się nie stało, ale chyba nie uwierzyła. Jak już odzyskałam pion, na dowód, że czuję się dobrze, tupałam w dwójnasób. W końcu nas wypuszczono. Pognałam na rower i dalej pedałować energicznie. Powiem Wam, że po wyjściu z lodowatej komory, każdy ćwicząc, szczerzył zęby. Podczas przebierania  okazało się, że jestem posiadaczką pięknych siniaków pod kolanami. Uprzedzano nas, byśmy dopóki się nie rozgrzejemy, nie dotykali swego ciała, bo mogą powstać odmrożenia. Nikt nie wpadł na to, że można sobie odmrozić to i owo, podczas upadku. A ja się nie przyznawałam do niczego. Pod podkolanówkami nie widać, a następny taki zabieg miał być za dwa dni, więc poczułam się rozgrzeszona z automatu. Pech chciał, że ta sama osoba, która wpuszczała do krio, prowadziła zajęcia na basenie... Nic im nie umknęło. Ile ja się nagadałam, że to tylko siniaki... Tym razem ćwiczył nas pan K. Nic mu nie umknęło, a ja się bardziej skupiłam na tym, że w okolicach pośladków nagle powstał luz i dolna część stroju kąpielowego, zaczęła żyć własnym życiem, przeobrażając się niekiedy w stringi. Tak zapamiętale pilnowałam tyłów w trakcie ćwiczeń, że mi ramiączko opadło. Pomyślałam sobie, że poprawię w wolnej chwili, jak się skończy ćwiczenie, gdy usłyszałam:
- A pani Beata tak ćwiczy, że aż jej ramiączko opadło! -oświadczył pan K.
- A chciałam poprawić dyskretnie i o...- odparłam, w tym samym czasie zanurzając się aż do brody i poprawiając niesforny kostium, ku ogromnej radości współćwiczących. 
Po basenie pognałam do pokoju, z mokrymi włosami i rozczochrana jak nieboskie stworzenie. Zapomniałam wyznać, że nie wzięłam grzebienia. Stałym zajęciem, jak już pisałam, było dolewanie wody do czajnika. Tak też uczyniłam, ale bezmyślnie gdzieś wsadziłam klucz od pokoju. Gdy przyszła pora na następne zabiegi, miotałam się jak oszalała w poszukiwaniu zaginionego skarbu. W końcu nie było czasu i razem z Ewą wyszłyśmy z pokoju. Po drodze przypomniałam sobie, że zostawiłam fizelinę, a bez tego nie pozwolą mi się rozłożyć na kozetce. Wysępiłam od współlokatorki jej klucz, po czym wtargnęłam do pokoju, chwyciłam zielone szczęście i przypomniałam, gdzie byłam uprzejma zostawić swój zamykacz pokoju. Leżał sobie samotny, zapomniany w łazience. Natychmiast pognałam za Ewą, ale gdzieś zniknęła. Odbywszy własne zabiegi, ciągle się rozglądałam za nią, ale jakoś się rozmijałyśmy. Biedna przez prawie 3 godziny była bezdomna, za moją przyczyną. Po obiedzie i wszystkich zabiegach poszłyśmy na spacer, ale w połowie drogi Ewa zrezygnowała. Nieco się obraziła, bo za szybko szłam i za daleko, zatem wróciła do pokoju. Ja tymczasem energicznie człapiąc, dotarłam do... Augustowa. Zlokalizowałam bankomat i zaopatrzona w gotówkę wróciłam do ośrodka na kolację. Targana wyrzutami sumienia, postanowiłam zaprosić współlokatorkę  po kolacji do kawiarni na piwo. Nie przeszłam też obojętnie obok ciasta, które dołożyłam do naszego zestawu. To był ten moment, kiedy Ewa się zirytowała na moje "paniowanie". 
W kawiarnianym ogródku, zostałyśmy tak pokąsane przez owady, że długo będziemy wspominały straty własne. Istnieje poważne podejrzenie, że to my byłyśmy w menu, a one gośćmi lokalu. Widocznie bardzo smakowało, bo i w pokoju  nie dały nam żyć. 
Przed snem zorientowałam się, że zgubiłam podkolanówki na krio... 

środa, 6 czerwca 2018

SANTORIUM - dzień trzeci

Przy naszym pokoju znajdowało się stanowisko z czajnikiem. Poczułam się zobowiązana do dbania o to, by zawsze była świeża woda. Zdarzało mi się  kilkakrotnie stawiać wodę na kawę, którą ktoś się natychmiast częstował. Nikogo nie złapałam za rękę, zatem pozostało mi tylko czuwać osobiście. 
Znowu wstałam przed 5, dlatego od razu nastawiłam sobie wodę na kawę. Ewa smacznie spała, a ja po cichutku chłeptałam boski napój i zbierałam myśli. Hipnotyzowałam kartę zabiegową, próbując dociec, co też dzisiaj sponsor mojej udręki proponuje. Nie miałam złudzeń, na pewno czekał mnie ciężki dzień. Intrygujące było pojęcie orbiter. W głowę zachodziłam, co to może być takiego. W odpowiednim czasie ciekawość mą zaspokojono. Jest to takie coś z rączkami jak kije, trzymasz to i biegniesz. 
To u mnie steper się kurzy, a tu mnie zmuszają do ciężkiej katorgi. Kto mnie uratuje, gdzie ten rycerz na białym koniu, gdzie?
Problem w tym, że zalecił to rycerz w białym kitlu i gdzie tu sprawiedliwość...
Nie mając wyboru, zaczęłam ćwiczenia na machinie torturującej. Po pięciu minutach miałam ochotę zejść i się obrazić. Ledwie dyszę, pot strumieniami leje się po plecach.  Po dziesięciu żegnam się  z życiem i rozważam  napisanie testamentu, a tu tylko 10 kalorii.  Po piętnastu mokra jak szczur straciłam nadzieję, że mnie z tego wypuszczą. Po siedemnastu minutach zdobyłam się na odwagę i wyszeptałam:
- Przepraszam, ile czasu mam tak biegać?
- 15 minut...
- Oooo to ja już tak 17, zatem koniec mojej udręki.
Fizjoterapeuta bacznie mi się przyglądał, po czym z kamienną twarzą zapytał:
- A tak na przyszłość, czy zawsze pani chodzi do tyłu?
I stało się jasne, dlaczego gwiazdy w oczach miałam...
Teraz mi to powiedział? Jak ja mało ducha nie wyzionęłam? 
Bez słowa wyszłam, zabierając kartę. 
Nawet mu powieka nie drgnęła, na tak zimne pożegnanie.
Traf chciał, że wróciłam do niego parę godzin później, na ćwiczenia zbiorowe. Dał nam taki wycisk, że wychodziłam od niego prawie na czworakach. W doborowym towarzystwie, bo reszta nieboraków miała tak samo...
Na innych ćwiczeniach byłam już przygotowana odpowiednio. Otóż codziennie wsadzali mnie na łóżko w klatce, ręce mocowano na pasach i robiłam "aniołka". Za pierwszym razem machałam grabiami tak, że mało ich ze stawów nie wyrwałam. Następnego dnia pojawiły się potężne zakwasy, ledwie dałam radę podnieśc kubek z kawą. Nauczona smutnym doświadczeniem, ćwiczyłam później bardziej rozważnie. Tym razem byłam przygotowana na wszelkie pytania, związane z moimi dolegliwościami. Traf chciał, że jeden z pacjentów był ciekawy (zawsze ktoś był). Akurat kończyłam ćwiczenie, więc mogłam już się nie spieszyć. Podszedł do mnie i spytał:
- A dlaczego musisz tak machać rękoma? Na co to pomaga?
Z kamienną twarzą odparłam:
- Anioły tak mają. Złamałam skrzydła, rozczarowana postępowaniem ludzi i muszę teraz ćwiczyć, żeby polecieć.
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
Tymczasem się wyplątałam z pasów, odwróciłam tyłem do niego. Na plecach bluzy miałam skrzydła anielskie... 
Cała sala gruchnęła śmiechem ))) 

niedziela, 3 czerwca 2018

SANATORIUM - dzień drugi

Wstałam o świcie, ptaszki tak pięknie śpiewały. A ja głodna. Zjadłabym żubra z kopytami i prosiła o dokładkę. Do śniadania szmat czasu. To chociaż napiłam się wody mineralnej. Współlokatorka spała jak zabita. Próbowałam czytać na komputerze, ale internet słabiutki, zdążyłabym się zestarzeć, zanim by się połączył. Zniechęcona totalnie, czekałam jak mysz pod miotłą, aż Ewa się obudzi. W końcu wstała, więc śmiało mogłam wskoczyć pod prysznic. Tyle że to Ona mnie wyprzedziła. 
Potem sobie przypomniałam, że muszę przed śniadaniem zmierzyć ciśnienie. Pogalopowałam rączo na drugie skrzydło, ignorując windę. Do pielęgniarki była kolejka. Widać blado wyglądałam, bo mnie od razu pocieszali, że krio komora nie jest straszna. Akurat. Zastanawiałam się, czy mi nie zamarzną oczy, a może trzeba tam wejść z zamkniętymi? Bałam się, że mogę zemdleć, bowiem lata temu tak się działo, gdy tylko wyszłam z ciepłego pomieszczenia na mróz. Do dziś nie wiadomo z jakiej przyczyny. Ostatni raz zemdlałam, jak się wtoczyłam na swoje trzecie piętro z zakupami, ale to akurat było lato, więc się nie liczy. Trzęsąc się jak osika, dostąpiłam zaszczytu mierzenia ciśnienia. Zirytowałam się nieco, bo skoro rzuciłam kawę rozpuszczalną i naturalną (bo jedna dziennie się nie liczy) to oczekuję spektakularnych wyników, a tu 140/80. Jak na osobę, która dawniej miewała 90/60 nie ma co się chwalić. Skorzystałam z okazji i zważyłam nielegalnie. 
Potem pognałam na śniadanie, prędko pochłonęłam zupę mleczną, a talerzyk z wędliną i chlebem zabrałam nielegalnie do pokoju. Dwa dni minęły, zanim targana wyrzutami sumienia i zniesmaczona przestępczymi skłonnościami ,oddałam go do kuchni. 
Będąc w pokoju, chwyciłam tylko za reklamówkę ze strojem na krio i pognałam przed siebie, a konkretnie do recepcji, z zapytaniem gdzie mam iść. Dotarłam szczęśliwie, ale do męskiej przebieralni (była pierwsza). Komisyjnie wyeksmitowana (próbowałam!) poszłam do właściwej. Tam przebrałam się w odpowiednią kreację i rad niewola, ruszyłam w kierunku krio. Cud, że się w to ubranko zmieściłam, pełna obaw, że w strategicznym momencie pęknie mi to i owo i oczywiście oczy zamarzną. Dobrałam się w parę z koleżanką i ruszyłyśmy tupać. O Matulu! Jak mi kolana zmarzły! a oczy nie. Uprzedzona koleżanka uważnie obserwowała moją osobę, czy aby nie mam ochoty zemdleć. Najwyraźniej nie miałam. Tupiąc energicznie, zakonotowałam w myśli, że chyba mi spodenki spadają... Ledwie się skończyło, jak wyskoczyłam z komory na rowerek stacjonarny. Powinnam była pedałować co najmniej 15 minut, ale nikt nie pilnował... toteż umknęłam. 
Na następnym zabiegu podpadłam totalnie. 
Oddałam kartę zabiegową, po czym radośnie potupałam do recepcji po fizelinę, bo się zorientowałam, że nie mam. Podobno fizjoterapeuta oczy wypatrywał za mną, głos zdarł wołając, a ja sobie gawędzę po drodze tu i ówdzie... Zwyczajnie w świecie zostałam objechana:
- Pani Beato, jak oddaje pani kartę, to oczekuję, że pani jest gotowa do zabiegów! 
Zawstydziłam się i obiecałam solennie, że nigdy, ale to nigdy się już nie spóźnię. Poszło mi w drugą mańkę, zawsze byłam grubo przed czasem, licząc na "okienko".
Na basenie znów się popisałam. Chciałam się przebierać w męskiej przebieralni. Panowie ów pomysł przyjęli dość ciepło, jak sądzę, natomiast ja niekoniecznie. Umknęłam w popłochu. 
Prawie 10 lat nie miałam na sobie stroju kąpielowego, a tu takie coś. Okutana w ręcznik oddałam kartę i poszłam wziąć prysznic. Głupio było suchym ręcznikiem się zawijać, kiedy jeszcze będę torturowana w wodzie, zatem tylko lekko się nim zasłaniałam. Kiedyś jednak trzeba było go odłożyć...
Szczerze mówiąc, byłam przekonana, że ćwiczenia w wodzie to łatwizna, nawet się nie spocę. Myliłam się. 
Potem był obiad. Rzuciłam się na jedzenie, jakbym trzy dni nie jadła. A jakie smaczne!  
Po obiedzie następne zabiegi i trening relaksacyjny, w trakcie którego ... zemdlałam, wywołując panikę. Wyszło mi, że nawet się odprężyć nie mogę, organizm mi od razu daje czerwoną kartkę. Skutkiem tego, mam zalecenie lekarskie, by iść do kardiologa... 
Nie wiem, co ze mną jest, ledwie przestąpiłam próg sanatorium, a już serce padło... 
Kolacja była oczywiście wypatrywana przez niejeden żołądek, bracia i siostry w niedoli, czekali na zielone światło od obsługi, wcześniejsze próby trzaskania zębami, były bardzo niemile widziane... 
Po kolacji  obie padłyśmy jak martwe.