sobota, 2 czerwca 2018

SANATORIUM - dzień pierwszy

Jaka ta walizka ciężka! O piątej trzydzieści terkotałam na schodach, budząc zgrozę na klatce. Jestem pewna, że sąsiedzi będą mnie wyklinać po wsze czasy. Jeśli będę miała szczęście, to uda mi się przemknąć niepostrzeżenie, ale wątpię. Stawiam na to, że po powrocie czekał na mnie będzie stos powitalny i mała chłosta...
Taksówkarz postanowił mi pomóc zapakować walizkę do bagażnika. Ledwie ujął za rączkę, a grawitacja zrobiła swoje. Zgiął się niebezpiecznie, ale dał radę. Ledwie wsiedliśmy do auta, jak usłyszałam:
- Co tam pani zapakowała, pewnie cały dom?
- Jak to co, kosmetyczkę... - odparłam.
Dowiózł mnie na dworzec PKS, gdzie kierowca busa przejął pałeczkę. Niemota sanatoryjna nie umiała otworzyć bagażnika, a on nie miał czasu czekać do wieczora, zatem wysiadł z samochodu i osobiście wpakował bagaż, tam gdzie należy. Gdyby wzrok mógł zabijać, leżałabym sobie na dworcu do przyjazdu innego środka lokomocji, ale tam nie byłoby miejsca na walizkę. 
Nigdy nie byłam w Augustowie, więc musiałam być czujna, by nie przegapić swojego przystanku. Bałam się, że jak tylko zamknę oczy, znajdę się w Suwałkach. W autobusie się zorientowałam, że nie wzięłam żadnej książki ze sobą. Zgroza! W duchu zgrzytałam zębami ze złości, a w oczach stanęła mi sąsiadka, która radziła, by z walizki wypakować książki. Ot, wykrakała! 
Dojechawszy na miejsce, kilka razy się upewniałam, że to tu. Wysiadłam w centrum i jazda szukać taksówki. Z Google maps wynikało, że sanatorium jest bardzo daleko od centrum. A nawet, gdyby było blisko, to z tak ciężką walizką mogłabym szukać miejsca docelowego do końca turnusu. A w połączeniu z moim sławnym zmysłem orientacji, podejrzewam, że archeolodzy mogliby mnie znaleźć zasuszoną w połowie drogi do Krakowa. 
Nawet nie chcę myśleć, do jakich wniosków by doszli, badając zawartość walizki... 
Dotarłam szczęśliwie do miejsca docelowego. W recepcji dostałam klucz od pokoju, który znajdował się... na trzecim piętrze. 
Uratowała mnie winda towarowa...
W pokoju już "zainstalowała się" moja współlokatorka, zatem dostały mi się najwyższe półki w szafie i łóżko przy balkonie. Dobrze, że miałam ze sobą wieszaki...
Na miejscu okazało się, że niepotrzebnie leciałam bladym świtem, albowiem pierwszego dnia nie ma tortur, tylko konsultacje z lekarzem prowadzącym i dopiero wieczorem, od pielęgniarki otrzymamy plan zabiegów. 
Ponieważ przyjechałam po godzinie 7 rano, toteż należało mi się śniadanie, jak psu buda. Tyle że źle odczytałam informacje i wyszło mi, że dopiero obiad dostanę. Jadłam w domu o piątej, obiad miał być o 14... Mało brakowało, a bym ryczała żałośnie na korytarzu. 
Najpierw skierowano mnie do pielęgniarki, która zbierała wszelkie dane. Zupełnie nieprzygotowaną sfotografowano mnie kamerką internetową. Jak się okazało, zdjęcie wyszło wyjątkowo niekorzystnie, a w związku z tym moje EGO legło w gruzach. Pewnie dlatego dostały mi się też zajęcia relaksacyjne... Niestety nie wolno mi było tego ocenzurować. 
Do końca turnusu wstydziłam się pokazywać swoją kartę... Mam nadzieję, że długo nie przechowują tych dokumentów. 
Od lekarza prowadzącego dowiedziałam się, że mam zanik mięśni pasa barkowego, a w związku z tym, dostanę odpowiedni zestaw ćwiczeń. 
Mój Boże, tyle lat skutecznie się wymigiwałam od wysiłku fizycznego i jak skończyłam? 
O czternastej byłam pewna, że jestem w stanie odebrać obiad towarzyszom od stolika. Kłamałam. Dwaj panowie byli w stanie jedną ręką pozbawić mnie posiłku, a młode dziewczę było tak skromne i nieśmiałe, że sama bym Jej oddała swoją porcję. 
W życiu mi tak nic nie smakowało!
Rzuciłam się na zupę, jakbym nigdy nie jadła, aż współtowarzysz po mojej lewicy zaproponował dokładkę. Odmówiłam skromnie, mówiąc:
- Ja tylko tak wyglądam, ale naprawdę nie jem tak dużo...
Wątpię, czy mi uwierzyli. 
Drugiego dania wypatrywałam jak kania dżdżu. Gdyby nie to, że nie wypadało, to bym pożarła je trzema kęsami. 
Współlokatorka posilała się przy sąsiednim stoliku. 
Po obiedzie wróciłyśmy do pokoju, ja próbowałam czytać książkę z czytnika, ale mi nie szło, bo grało radio. Lubię ciszę, która mi pozwala skupić się na słowie pisanym, a koleżanka nie. Bałam się, że się nie dogadamy. Zupełnie dwa różne światy i dwa stanowiska. Ja, gadatliwa, Ona milcząca. Miałyśmy wspólny mianownik, obie byłyśmy bardzo spięte. 
Pierwszego dnia, zwracałam się do Niej per Pani. Nie protestowała. 
Jakoś zleciał ten dzień, kolację pożarłyśmy w ekspresowym tempie, po czym wróciłyśmy do swego pokoju. Ewa zasnęła dość szybko, ja też.
Podejrzewam, że to ze stresu, bo już miałam w ręku plan zabiegów, o których chciałam jak najszybciej zapomnieć. Nawet nie ustawiłam sobie budzenia, licząc na to, że obudzą mnie na koniec turnusu...

czwartek, 10 maja 2018

WALIZECZKA

Dostałam skierowanie do sanatorium. Po raz pierwszy ZUS życzliwie mnie  potraktował (bo symulację potencjalnej emerytury nie zaliczam do tej kategorii) i postanowił wysłać mnie na wywczasy na swój koszt. Powinnam była przewidzieć potężny haczyk, niestety zamroczyła mnie wizja darmowych posiłków i miejsce urokliwe. O tym, co się zdarzyło, opowiem w następnych postach.
Mając perspektywę ponad trzygodniowego pobytu poza miejscem zamieszkania, należało zaopatrzyć się w odpowiednią walizkę. Rozmiar XL wydawał mi się nie dość duży, zakupiłam XXL, zapominając o tym, że sama jestem nędznego wzrostu i przyjdzie mi to wszystko dźwigać. Kto by się jednak tym w takiej chwili martwił.
Należało się odpowiednio przygotować na wszelkie sanatoryjne niespodzianki. Pytałam różnych znajomych, co zabrać. Damska społeczność stanowczo doradzała kreacje wieczorowe, szpilki, kosmetyki i prezerwatywy. Tylko moja ukochana Mama, przytomnie nakazała spakowanie dresów. To by się zgadzało z wykazem, który dostałam od ZUSu, strój sportowy, obuwie, oraz strój kąpielowy. Popadłam w panikę, bowiem  stare stroje się sprały, nijak w nie wleźć nie mogłam. Te dzisiejsze środki piorące, są stanowczo zbyt agresywne, jeszcze trochę a moje spodnie wystąpią w kategorii śpioszków niemowlęcych...
Nie było wyboru, trzeba było nowy strój nabyć. Kiedy kurier dostarczył przesyłkę, niemal natychmiast dokonałam przymiarki. Strój kąpielowy przepiękny, ale zawartość mi się stanowczo nie spodobała... 

Zaczęło się wielkie pakowanie, cztery pary spodni jeansowych, trzy do kolan, niezliczona ilość koszulek, bluzek z długim rękawem, kurtka też się znalazła, trzy pary butów sportowych, klapki na basen i jedne sandałki koloru niebieskiego. Pół walizki majtek i staników, oraz skarpet. I tu ukłon w stronę damskiej społeczności, bo dwie spódnice i jedną sukienkę (nie spodziewam się ich używać, bo sandałki nijak nie pasują kolorystycznie, ale mam). 
Znalazło się miejsce dla kosmetyczki, środków higienicznych oraz dwóch ręczników.
Ledwie zapięłam walizkę, przyznaję. Nawet próbowałam ją podnieść, lecz szybko dałam sobie spokój, pocieszając się w duchu, że mają kółeczka, najwyżej po schodach będę terkotała walizką. 
Nie zapomniałam o suszarce do włosów, a wysłuchawszy porad damskiej populacji, wsadziłam  do walizki... żelazko. Może w desperacji jednak coś wyprasuję...

W przeddzień wyjazdu cały dzień się miotałam, szukając inspiracji, w kategorii co jeszcze niezbędnego powinnam wziąć. W nocy zerwałam się z łóżka, by do walizki dołożyć wieszaki i sznurek do bielizny, oraz spinacze. Nad ranem wpadłam na to, że nie mam igieł i nici...

Parę dni wcześniej sąsiadka upominała mnie, żebym z walizki stanowczo wyciągnęła książki...
Wykrakała. Zapomniałam zapakować do plecaka...

Nad ranem wypakowałam część rzeczy, nie bardzo się przyglądałam co... I tak pojechałam...


piątek, 4 maja 2018

SKYPE 2

Postanowiłam wziąć "byka za rogi" i rozwiązać ten problem. Przecież nie mogłam zwlekać, na pewno milion nieprzeczytanych (od kilku miesięcy), ale na pewno ważnych wiadomości na mnie czeka! 
Do dzieła zatem!
Kliknęłam opcję, że jestem osobą dorosłą, zatem dlaczego ten komunikat. W odpowiedzi dostałam informację, że mam udowodnić swoją metrykę, podając dane do karty kredytowej, a oni obiecują, że nie zostanę obciążona żadnymi opłatami. 
Postawiłam oczy w słup. Mało, że dane karty, to jeszcze wszystkie dane osobowe, adres, telefon... Brakuje, żebym podała kod pin, chociaż sadząc po tym, czego sobie życzą, jest to niepotrzebne. 
Wściekłam się. 
 Rozumu jeszcze nie straciłam.
Moją odpowiedzią, jest... wyrzucenie tego programu, zaśmiecającego mój wspaniały komputer! 
Są jakieś granice, w tej inwigilacji.
Nie twierdzę, że moi Przyjaciele nie są warci każdych pieniędzy, wręcz przeciwnie, jednakże wyciąganie na ,,żywca" wszelkich danych wrażliwych, dla jakiegoś bzdurnego komunikatora (gdzie tajemnicą poliszynela jest fakt, iż podsłuchują), przekracza wszelkie granice mojej tolerancji. 
Nie wiem, do czego ten świat zmierza, ale nie podoba mi się to. 
Każdy przedmiot techniczny, najnowszej generacji, jest dostosowany do tego, by nas namierzać, nagrywać, podsłuchiwać. Wszyscy chcą znać nasze dane osobowe, nr karty bankomatowej. 
A gdzie w tym wszystkim jednostka, prawo do intymności, tajemnic? 
Nie każdy przecież musi wiedzieć, że lubię sobie pofałszować pod prysznicem, albo biegam po chałupie bez stanika, a czasem o zgrozo! (osoby wrażliwe uprasza się o zamknięcie oczu) nago! 
Są sprawy, które człowiek chciałby zachować dla siebie, nie dlatego, że są zagrożeniem dla innych, ale z powodów osobistych. 

Nie chcę być złym prorokiem, ale zaczynam podejrzewać, że niedługo będziemy płacili za każdy oddech. Biada tym, którzy popadną w hiperwentylację! 

środa, 2 maja 2018

Skype

Od niepamiętnych czasów, mam założone konto na skype. Właściwie to, od pierwszego komputera, z dostępem do internetu. Na początku kontaktów było niewiele, później nieco się poprawiło. Znajdowały się tam osoby wyjątkowe, z którymi chciałam utrzymywać kontakt. Nie było ich dużo, lecz waga tych znajomości jest bezcenna. 
Czasem ów komunikator, dostarczał mi rozrywki, zwłaszcza, jak swego czasu, zaczepiali mnie wszelkiej maści generałowie i osoby o ciemniejszej karnacji, dla których zapewne byłam potencjalną kandydatką do oskubania, ewentualnie przepustką do lepszego życia (tu można śmiało wybuchnąć śmiechem...). Z nudów czasem pokonwersowałam, rzecz jasna po polsku, a panowie zagrzewali translator do czerwoności. Z tych rozmów wynikały same smutne konkluzje, otóż jestem rasistką (bo nie chcę utrzymywać kontaktu z osobą rodzaju męskiego, przypadkiem o ciemniejszej karnacji), szybko się irytuję (choć na początku w kulturalny sposób dawałam do zrozumienia, że nie jestem zainteresowana) kłamię (mąż stoi nad ramieniem i chciałby zamienić parę słów), jestem złośliwa (obśmiewałam się jak norka, z okazywanego uwielbienia), a na końcu dowiadywałam się, że jestem stara, gruba i brzydka.
 Też mi coś, Ameryki nie odkryli, posiadam lustro i jeszcze widzę. 
Później przestało mnie to bawić, skala tego zjawiska była ogromna, zatem bez skrępowania blokowałam potencjalnych kandydatów do rozrywki. 

Z czasem skype przechodził różne zawirowania, właścicielem stawała się inna firma, coraz trudniej było porozmawiać bez problemów, dlatego też zaczęłam korzystać z innych komunikatorów. Czasem jednak, z ciekawości, zaglądałam do skype, żeby sprawdzić, czy przypadkiem ktoś ze znajomych mnie nie poszukuje. 
Dziś mnie naszło, żeby zajrzeć. Loguję się, hasło podane, po czym dostaję informację: ,,Ze względu na Twój wiek potrzebujemy pozwolenia Twoich rodziców (...)". 
Oniemiałam. 
Aż poprosiłam znajomego, by popatrzył na skype jaką ja datę urodzenia wstawiłam. Okazało się, że prawidłową. 
Mało tego, wyświetliło mu  się, że nie mogę wchodzić na skype, bez zgody rodziców. 
Cudownie.
Pobiegnę do Mamusi, może mi udzieli zgody, choć nie jest to pewne, kobiecina zna zagrożenia i swoją pierworodną córkę, zatem ma prawo podejrzewać, że wykorzystam ją [zgodę]w niecnym celu.... 

niedziela, 15 kwietnia 2018

FATALNA SERIA


Podobno, jak już się zacznie, to końca nie widać. Zupełnie zapomniałam, że u mnie przesądy działają odwrotnie.
Lata temu, znalazłam podkowę. Leżała sobie, jakby czekając na mnie. Ucieszyłam się niezmiernie, bo znaleziona podkowa to wielkie szczęście, które zawsze jest przydatne. Przyniosłam do domu, postawiłam przy książkach, tworząc literę U. Nie zanotowałam w swoim życiu, jakiś szczególnych szczęśliwych chwil, nie stałam się też bogata. Bywa.
Ostatnio, przeczytałam, że podkowę należy zawiesić nad drzwiami wejściowymi, więc wskoczyłam na krzesło, młotek w dłoń i do ataku!
Od tego momentu, mam niebywałego pecha.
12 kwietnia (w wigilię piątku 13) rozbiłam kubek w pracy. Pomyślałam sobie, a niech tam, na szczęście, specjalnie się nie przejmując. Gorzej zrobiło się, jak wracałam do domu rowerem.
W piwnicy usłyszałam, że ktoś do mnie dzwoni. Plecak załadowany maksymalnie, trzeszczał w szwach, bowiem, jak zwykle, znajdowało się w nim mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. A telefon, oczywiście na samym dnie. Zanim wygrzebałam aparat, trochę minęło. W końcu ujęłam telefon w dłoń, po czym wypadł mi i rąbnął o beton. Nowiutki smart fon szlag trafił. Zbiła się szybka, w drobny mak. Zła jak szerszeń, wpadłam do domu i natychmiast próbowałam przełożyć kartę sim, do starego aparatu. Niestety, coś nie szło. Jakaś to mikrokarta, a za nic nie mogłam znaleźć adapteru. A jak w końcu odkryłam, gdzie jest, nijak mi do karty nie pasował.
Po godzinie zorientowałam się, że do starego telefonu pchałam uparcie kartę pamięci, a nie sim. Jak tylko mnie olśniło, okazało się, że gdzieś zgubiłam adapter. Następna godzina szukania. Wymacałam go na ziemi, przestając ufać narządowi wzroku. Oczy mi „mówiły”, że nic tam nie ma, dłonie jednak zadały temu kłam. Okularów nie włożyłam, bo kto by je tam wygrzebywał z dna plecaka. Po wielu perypetiach udało się aparat uruchomić. Coś tam nabroiłam, bo zażądano kodu pin. Postawiłam oczy jak spodki, bo niby skąd mam wiedzieć, jaki jest? Od czego jest wujek Google ? Tyle że, odkryłam to za późno. Najważniejsze, że odbieram telefony i esemesy.
Pomyślałam sobie, że już mi niestraszny piątek 13.
Myliłam się.
Dojechałam do pracy rowerem, a do bagażnika miałam przymocowane niewielkie pudło z książkami, które postanowiłam oddać w zamian tych wyżebranych. Chciałam odpiąć gumę mocującą, niestety trzymała mocno, specjalnymi zaczepami. Szarpiąc się z tym ustrojstwem, w końcu uwolniłam haki, które wypuściłam nieopatrznie. Naciągnięta guma strzeliła mnie w policzek. Oczywiście na mym nadobnym licu, pojawił się siniak. Robiąc dobrą minę do złej gry, utrzymywałam, że skoro przesoliłam obiad, to musiałam sobie sama wymierzyć sprawiedliwość, z braku kandydata...
Przeżyłam jakoś piątek 13.
Myślałam, że to koniec.
W sobotę wskoczyłam na rower, patrzę, a tu gołąb rwie się do lotu i jak mnie nie grzmotnie w czerep! Normalnie zezowaty, czy co? Mało z jednośladu nie spadłam.
Pocieszam się jednak, że przynajmniej mi nie narobił na głowę, przy okazji...
Dziś boję się wyjść gdziekolwiek...
Może powinnam jednak zdjąć podkowę...

czwartek, 5 kwietnia 2018

SIŁKA

Po świętach obiecywałam sobie, że zacznę ćwiczyć rzetelnie, bez zwyczajowego wymigiwania się i markowania wysiłku fizycznego. Pokusy zjedzone, zatem nic nie stoi na przeszkodzie, by brać się za siebie i w pocie czoła gubić zbędne kilogramy. Tym bardziej, że niebawem  jadę do sanatorium, a tam wymaga się, by wystąpić w stroju kąpielowym... 
Nie ukrywam, że napawa mnie to zgrozą. A nie powinno, w sumie niech się inni stresują, oglądając zawartość stroju kąpielowego...
Niestety posiadam zdolność empatii, zatem dla dobra ogółu, postanowiłam nie narażać osoby postronne, na takie widoki. Kto wie, może na tym turnusie będą też osoby chore na serce? 
Nabyłam przez Internet jednoczęściowy strój i czekając na dostawę, przyszła do mnie straszna myśl, jak zwykle po fakcie. Mianowicie nie spojrzałam, czy ów strój nie ma przypadkiem  tyłu  w postaci  stringów?
Jeśli tak, to z całym szacunkiem, ale nie wystąpię tak publicznie. Prywatnie też nie, bo irytują mnie sznurki w pośladkach. 
Nic to, niebawem przesyłka dojdzie i się okaże, po co się stresować...
Zakupiłam też większą walizkę, bo w tę mikro co mi została, mogę włożyć tylko kosmetyczkę. 
Wróćmy do tematu.
Postanowiłam ćwiczyć, ale najpierw mi pogoda zepsuła plany spacerowe, trzeba było w domu poprzebierać kończynami. Bez obaw, stepper jak stał w kącie, tak i dalej się kurzy. Nie można przecież zaczynać od ciężkich ćwiczeń, prawda? Dojrzeję do tego, to i pomęczę się na tej maszynce, a póki co, zaaplikowałam sobie lżejsze ćwiczenia. 
W końcu pogoda dopisała, mogłam ambitnie wskoczyć na rower. Poczłapałam do piwnicy, obadałam jeździdełko, stwierdzając, że jednak należy dopompować koła. Chwyciłam za pompkę, po czym odkręciłam wentyl. Pracowicie pompowałam, a z opony dobiegał do mnie złowieszczy syk. Sprawdziłam stan kół i okazało się, że ... powietrze zlazło. Trzeba mieć mój talent, żeby zamiast napompować koła, spuścić z nich powietrze, a do tego rzetelnie się spocić. Już miałam się poddać, ale wizja mojej osoby w stroju kąpielowym sprawiła, że zacisnęłam zęby i metodą prób i błędów doprowadziłam koła do właściwego stanu. Trochę mi to zajęło... W duchu, złośliwie pomyślałam, że zanim tego dokonam, stracę miliony kalorii... (To te złośliwe bestie, co to nikt ich nigdy nie widział, a jednak niby są...) No i po co wydawać pieniądze na siłownię?
Mokra jak szczur skoczyłam na rower. Na początku wspaniale się jechało, przez jakieś 10 minut, po czym zaczęły się schody, czyli pojawiła się przede mną górka. Domyślam się, że musiałam mieć szczególny kolor twarzy, bo ludzie  dziwnie na mnie patrzyli. I bynajmniej nie była to zazdrość. Miałam tylko nadzieję, że nie zasuwam na felgach, co też było możliwe, ale tego już nie sprawdzałam. 
Całe szczęście, że czasem trzeba było przeprowadzić rower przez ulicę, bo daję słowo, miałabym wątpliwości, czy dożyję jutrzejszego dnia. 
Do domu dojechałam siłą woli, cały czas się zastanawiając nad jednym problemem. Otóż mam tendencje do siniaków, wystarczy mocniej mnie chwycić, bym miała na swoim ciele odciski palców. A w związku z tym, przyszło mi do głowy, czy aby nie mam na pośladkach odciśniętego siodełka? 
No, ale tego raczej nie sprawdzę... 

środa, 21 marca 2018

ZAKUPY

Tajemnicą poliszynela jest to, że mężczyźni szczerze nie cierpią zakupów. Wejdzie taki do sklepu, z prędkością światła pogna po to, czego mu trzeba i piorunem do kasy.
 A gdzie celebrowanie promocji? 
Rzadko się zdarza taki osobnik, któremu chodzenie po sklepach sprawia przyjemność. Inaczej rzecz się ma, gdy dotyczy części zamiennych do samochodu, komputera. Tu z pełną powagą, ogląda, zastanawia się w nabożnym skupieniu, w końcu decyduje się na zakup. Przy czym nie wzdycha ciężko, nie rozpacza z potencjalnych ubytków na karcie bankomatowej... On może nie zjeść, ale na przykład, na nową kartę pamięci, czy myszkę do komputera, zawsze się znajdzie.
Nie znoszę chodzić na zakupy z osobami rodzaju męskiego. 
Nawet mój syn, ledwie przeszedł okres dojrzewania, jak zaczął się zachowywać jak każdy przedstawiciel płci męskiej. 
- Po co ci mama dwa kilo mąki, chyba nie sądzisz, że będę to niósł...- mówiąc te słowa, odkłada jedno opakowanie na półkę.
Albo:
- 3 litry oleju? A po co, wystarczy litr... - i to samo.
To ja się pytam, po jakiego grzyba go brałam na zakupy? Toż miał targać ze mną potężne kilogramy, na zapas, bylebym nie musiała tak często biegać do sklepu.
Już nie wspomnę o tym, że w sklepie spożywczym czuje się bardzo nieszczęśliwy... 
I nie wiem dlaczego, przecież płacę ja.
W efekcie cała rodzina wychodzi ze sklepu w minorowych nastrojach. 
Ja -  bo to co młodzieniec niesie, zwykle targałam w jednej ręce, on - bo musi tracić czas na bzdurne zakupy, a w domu wirtualne czołgi jadą bez niego...
Najgorzej, jak się wypuściło faceta na zakupy samego. Nie dość, że przyniósł tylko to, co na kartce było zapisane, to jeszcze nie zdał relacji z promocji, rabatów, upustów...
Jakby miał klapki na oczach... 
A człowiek głodny newsów...
Los bywa okrutny. Teraz targa zakupy, w innym mieście, służąc bicepsem swojej narzeczonej. Nawet obiadki gotuje! Jak to usłyszałam, to z wrażenia spadłam z krzesła. 
Zuch dziewczyna!

I tak oto, zostałam sama, bez męskiego wsparcia w zakupach. Co ma swoje plusy i minusy. Do pozytywnych aspektów tej sprawy zaliczam to, że nikt mi nie jęczy nad głową, że "szkoda kasy", "a co to za promocja", "zwariowałaś, to będziesz kupowała?".
Minusem jest oczywiście fakt, że cokolwiek znajdzie się w koszyku, trzeba dotransportować do domu... A z tym, bywa już różnie. Jeśli ktoś kiedyś Wam opowie, o niewieście w średnim wieku, która swego czasu ciągnęła za sobą 10 kg karmy dla psa, przy czym objuczona zakupami, niczym wielbłąd, to wiecie już o kim mowa))).
Kiedyś usłyszałam w autobusie, jak mama mówiła do córki:
- Zobacz, jestem pewna, że ta pani, gdyby miała jeszcze dwie ręce, to też miałaby co w nie wziąć...

A skoro skazana jestem na siebie, to korzystam pasożytniczo, gdy tylko się pojawi rodzaj męski, najlepiej zmotoryzowany.... 
Niedawno pojechałam ze znajomym do znanego sklepu z artykułami do remontu mieszkania. Jak zwykle, chciałam z majestatem obejrzeć wszystkie półki, bo może czegoś mi potrzeba, a nie znajduje się na liście artykułów niezbędnych... 
Znajomy z prędkością światła pognał po to, po co przyjechaliśmy. A ja za nim, drobiąc i pokrzykując:
- A gdzie Ty się spieszysz? Daj się człowieku rozejrzeć. O zobacz, drabina za 40 zł! Jestem pewna, że mi się przyda.
Popatrzył na mnie tak dziwnie, że nie miałam śmiałości po nią sięgnąć.
A że mieliśmy też zajść do hipermarketu, to pomyślałam sobie, że się "odkuję" w promocjach. 
Zakupiłam tylko to, co niezbędne i biegiem nakarmić swoją ciekawość do innego sklepu. Ledwie przekroczyłam bramkę do zakupowego eldorado, jak coś zapiszczało. Znienacka pojawił się ochroniarz i osłupiała zaczęłam grzebać w torebce. Znajomy roześmiał się na cały sklep, kwitując:
- Nie znam nikogo, kto wchodząc do sklepu już jest rewidowany! Rozumiem, że po zakupach może się tak zdarzyć, ale żeby przed? 
Pierwszy raz coś takiego mnie spotkało. Okazało się, że miałam w torebce zakupione nieco wcześniej leki i to one wywołały alarm. Wystarczyło pozbyć się kartonowych pudełek, a problem zniknął... 

Jestem pewna, że znowu wystąpię w rolach głównych, podczas spotkania towarzyskiego, w większej grupie, w temacie: "nietypowe zdarzenia"...