piątek, 4 maja 2018

SKYPE 2

Postanowiłam wziąć "byka za rogi" i rozwiązać ten problem. Przecież nie mogłam zwlekać, na pewno milion nieprzeczytanych (od kilku miesięcy), ale na pewno ważnych wiadomości na mnie czeka! 
Do dzieła zatem!
Kliknęłam opcję, że jestem osobą dorosłą, zatem dlaczego ten komunikat. W odpowiedzi dostałam informację, że mam udowodnić swoją metrykę, podając dane do karty kredytowej, a oni obiecują, że nie zostanę obciążona żadnymi opłatami. 
Postawiłam oczy w słup. Mało, że dane karty, to jeszcze wszystkie dane osobowe, adres, telefon... Brakuje, żebym podała kod pin, chociaż sadząc po tym, czego sobie życzą, jest to niepotrzebne. 
Wściekłam się. 
 Rozumu jeszcze nie straciłam.
Moją odpowiedzią, jest... wyrzucenie tego programu, zaśmiecającego mój wspaniały komputer! 
Są jakieś granice, w tej inwigilacji.
Nie twierdzę, że moi Przyjaciele nie są warci każdych pieniędzy, wręcz przeciwnie, jednakże wyciąganie na ,,żywca" wszelkich danych wrażliwych, dla jakiegoś bzdurnego komunikatora (gdzie tajemnicą poliszynela jest fakt, iż podsłuchują), przekracza wszelkie granice mojej tolerancji. 
Nie wiem, do czego ten świat zmierza, ale nie podoba mi się to. 
Każdy przedmiot techniczny, najnowszej generacji, jest dostosowany do tego, by nas namierzać, nagrywać, podsłuchiwać. Wszyscy chcą znać nasze dane osobowe, nr karty bankomatowej. 
A gdzie w tym wszystkim jednostka, prawo do intymności, tajemnic? 
Nie każdy przecież musi wiedzieć, że lubię sobie pofałszować pod prysznicem, albo biegam po chałupie bez stanika, a czasem o zgrozo! (osoby wrażliwe uprasza się o zamknięcie oczu) nago! 
Są sprawy, które człowiek chciałby zachować dla siebie, nie dlatego, że są zagrożeniem dla innych, ale z powodów osobistych. 

Nie chcę być złym prorokiem, ale zaczynam podejrzewać, że niedługo będziemy płacili za każdy oddech. Biada tym, którzy popadną w hiperwentylację! 

środa, 2 maja 2018

Skype

Od niepamiętnych czasów, mam założone konto na skype. Właściwie to, od pierwszego komputera, z dostępem do internetu. Na początku kontaktów było niewiele, później nieco się poprawiło. Znajdowały się tam osoby wyjątkowe, z którymi chciałam utrzymywać kontakt. Nie było ich dużo, lecz waga tych znajomości jest bezcenna. 
Czasem ów komunikator, dostarczał mi rozrywki, zwłaszcza, jak swego czasu, zaczepiali mnie wszelkiej maści generałowie i osoby o ciemniejszej karnacji, dla których zapewne byłam potencjalną kandydatką do oskubania, ewentualnie przepustką do lepszego życia (tu można śmiało wybuchnąć śmiechem...). Z nudów czasem pokonwersowałam, rzecz jasna po polsku, a panowie zagrzewali translator do czerwoności. Z tych rozmów wynikały same smutne konkluzje, otóż jestem rasistką (bo nie chcę utrzymywać kontaktu z osobą rodzaju męskiego, przypadkiem o ciemniejszej karnacji), szybko się irytuję (choć na początku w kulturalny sposób dawałam do zrozumienia, że nie jestem zainteresowana) kłamię (mąż stoi nad ramieniem i chciałby zamienić parę słów), jestem złośliwa (obśmiewałam się jak norka, z okazywanego uwielbienia), a na końcu dowiadywałam się, że jestem stara, gruba i brzydka.
 Też mi coś, Ameryki nie odkryli, posiadam lustro i jeszcze widzę. 
Później przestało mnie to bawić, skala tego zjawiska była ogromna, zatem bez skrępowania blokowałam potencjalnych kandydatów do rozrywki. 

Z czasem skype przechodził różne zawirowania, właścicielem stawała się inna firma, coraz trudniej było porozmawiać bez problemów, dlatego też zaczęłam korzystać z innych komunikatorów. Czasem jednak, z ciekawości, zaglądałam do skype, żeby sprawdzić, czy przypadkiem ktoś ze znajomych mnie nie poszukuje. 
Dziś mnie naszło, żeby zajrzeć. Loguję się, hasło podane, po czym dostaję informację: ,,Ze względu na Twój wiek potrzebujemy pozwolenia Twoich rodziców (...)". 
Oniemiałam. 
Aż poprosiłam znajomego, by popatrzył na skype jaką ja datę urodzenia wstawiłam. Okazało się, że prawidłową. 
Mało tego, wyświetliło mu  się, że nie mogę wchodzić na skype, bez zgody rodziców. 
Cudownie.
Pobiegnę do Mamusi, może mi udzieli zgody, choć nie jest to pewne, kobiecina zna zagrożenia i swoją pierworodną córkę, zatem ma prawo podejrzewać, że wykorzystam ją [zgodę]w niecnym celu.... 

niedziela, 15 kwietnia 2018

FATALNA SERIA


Podobno, jak już się zacznie, to końca nie widać. Zupełnie zapomniałam, że u mnie przesądy działają odwrotnie.
Lata temu, znalazłam podkowę. Leżała sobie, jakby czekając na mnie. Ucieszyłam się niezmiernie, bo znaleziona podkowa to wielkie szczęście, które zawsze jest przydatne. Przyniosłam do domu, postawiłam przy książkach, tworząc literę U. Nie zanotowałam w swoim życiu, jakiś szczególnych szczęśliwych chwil, nie stałam się też bogata. Bywa.
Ostatnio, przeczytałam, że podkowę należy zawiesić nad drzwiami wejściowymi, więc wskoczyłam na krzesło, młotek w dłoń i do ataku!
Od tego momentu, mam niebywałego pecha.
12 kwietnia (w wigilię piątku 13) rozbiłam kubek w pracy. Pomyślałam sobie, a niech tam, na szczęście, specjalnie się nie przejmując. Gorzej zrobiło się, jak wracałam do domu rowerem.
W piwnicy usłyszałam, że ktoś do mnie dzwoni. Plecak załadowany maksymalnie, trzeszczał w szwach, bowiem, jak zwykle, znajdowało się w nim mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. A telefon, oczywiście na samym dnie. Zanim wygrzebałam aparat, trochę minęło. W końcu ujęłam telefon w dłoń, po czym wypadł mi i rąbnął o beton. Nowiutki smart fon szlag trafił. Zbiła się szybka, w drobny mak. Zła jak szerszeń, wpadłam do domu i natychmiast próbowałam przełożyć kartę sim, do starego aparatu. Niestety, coś nie szło. Jakaś to mikrokarta, a za nic nie mogłam znaleźć adapteru. A jak w końcu odkryłam, gdzie jest, nijak mi do karty nie pasował.
Po godzinie zorientowałam się, że do starego telefonu pchałam uparcie kartę pamięci, a nie sim. Jak tylko mnie olśniło, okazało się, że gdzieś zgubiłam adapter. Następna godzina szukania. Wymacałam go na ziemi, przestając ufać narządowi wzroku. Oczy mi „mówiły”, że nic tam nie ma, dłonie jednak zadały temu kłam. Okularów nie włożyłam, bo kto by je tam wygrzebywał z dna plecaka. Po wielu perypetiach udało się aparat uruchomić. Coś tam nabroiłam, bo zażądano kodu pin. Postawiłam oczy jak spodki, bo niby skąd mam wiedzieć, jaki jest? Od czego jest wujek Google ? Tyle że, odkryłam to za późno. Najważniejsze, że odbieram telefony i esemesy.
Pomyślałam sobie, że już mi niestraszny piątek 13.
Myliłam się.
Dojechałam do pracy rowerem, a do bagażnika miałam przymocowane niewielkie pudło z książkami, które postanowiłam oddać w zamian tych wyżebranych. Chciałam odpiąć gumę mocującą, niestety trzymała mocno, specjalnymi zaczepami. Szarpiąc się z tym ustrojstwem, w końcu uwolniłam haki, które wypuściłam nieopatrznie. Naciągnięta guma strzeliła mnie w policzek. Oczywiście na mym nadobnym licu, pojawił się siniak. Robiąc dobrą minę do złej gry, utrzymywałam, że skoro przesoliłam obiad, to musiałam sobie sama wymierzyć sprawiedliwość, z braku kandydata...
Przeżyłam jakoś piątek 13.
Myślałam, że to koniec.
W sobotę wskoczyłam na rower, patrzę, a tu gołąb rwie się do lotu i jak mnie nie grzmotnie w czerep! Normalnie zezowaty, czy co? Mało z jednośladu nie spadłam.
Pocieszam się jednak, że przynajmniej mi nie narobił na głowę, przy okazji...
Dziś boję się wyjść gdziekolwiek...
Może powinnam jednak zdjąć podkowę...

czwartek, 5 kwietnia 2018

SIŁKA

Po świętach obiecywałam sobie, że zacznę ćwiczyć rzetelnie, bez zwyczajowego wymigiwania się i markowania wysiłku fizycznego. Pokusy zjedzone, zatem nic nie stoi na przeszkodzie, by brać się za siebie i w pocie czoła gubić zbędne kilogramy. Tym bardziej, że niebawem  jadę do sanatorium, a tam wymaga się, by wystąpić w stroju kąpielowym... 
Nie ukrywam, że napawa mnie to zgrozą. A nie powinno, w sumie niech się inni stresują, oglądając zawartość stroju kąpielowego...
Niestety posiadam zdolność empatii, zatem dla dobra ogółu, postanowiłam nie narażać osoby postronne, na takie widoki. Kto wie, może na tym turnusie będą też osoby chore na serce? 
Nabyłam przez Internet jednoczęściowy strój i czekając na dostawę, przyszła do mnie straszna myśl, jak zwykle po fakcie. Mianowicie nie spojrzałam, czy ów strój nie ma przypadkiem  tyłu  w postaci  stringów?
Jeśli tak, to z całym szacunkiem, ale nie wystąpię tak publicznie. Prywatnie też nie, bo irytują mnie sznurki w pośladkach. 
Nic to, niebawem przesyłka dojdzie i się okaże, po co się stresować...
Zakupiłam też większą walizkę, bo w tę mikro co mi została, mogę włożyć tylko kosmetyczkę. 
Wróćmy do tematu.
Postanowiłam ćwiczyć, ale najpierw mi pogoda zepsuła plany spacerowe, trzeba było w domu poprzebierać kończynami. Bez obaw, stepper jak stał w kącie, tak i dalej się kurzy. Nie można przecież zaczynać od ciężkich ćwiczeń, prawda? Dojrzeję do tego, to i pomęczę się na tej maszynce, a póki co, zaaplikowałam sobie lżejsze ćwiczenia. 
W końcu pogoda dopisała, mogłam ambitnie wskoczyć na rower. Poczłapałam do piwnicy, obadałam jeździdełko, stwierdzając, że jednak należy dopompować koła. Chwyciłam za pompkę, po czym odkręciłam wentyl. Pracowicie pompowałam, a z opony dobiegał do mnie złowieszczy syk. Sprawdziłam stan kół i okazało się, że ... powietrze zlazło. Trzeba mieć mój talent, żeby zamiast napompować koła, spuścić z nich powietrze, a do tego rzetelnie się spocić. Już miałam się poddać, ale wizja mojej osoby w stroju kąpielowym sprawiła, że zacisnęłam zęby i metodą prób i błędów doprowadziłam koła do właściwego stanu. Trochę mi to zajęło... W duchu, złośliwie pomyślałam, że zanim tego dokonam, stracę miliony kalorii... (To te złośliwe bestie, co to nikt ich nigdy nie widział, a jednak niby są...) No i po co wydawać pieniądze na siłownię?
Mokra jak szczur skoczyłam na rower. Na początku wspaniale się jechało, przez jakieś 10 minut, po czym zaczęły się schody, czyli pojawiła się przede mną górka. Domyślam się, że musiałam mieć szczególny kolor twarzy, bo ludzie  dziwnie na mnie patrzyli. I bynajmniej nie była to zazdrość. Miałam tylko nadzieję, że nie zasuwam na felgach, co też było możliwe, ale tego już nie sprawdzałam. 
Całe szczęście, że czasem trzeba było przeprowadzić rower przez ulicę, bo daję słowo, miałabym wątpliwości, czy dożyję jutrzejszego dnia. 
Do domu dojechałam siłą woli, cały czas się zastanawiając nad jednym problemem. Otóż mam tendencje do siniaków, wystarczy mocniej mnie chwycić, bym miała na swoim ciele odciski palców. A w związku z tym, przyszło mi do głowy, czy aby nie mam na pośladkach odciśniętego siodełka? 
No, ale tego raczej nie sprawdzę... 

środa, 21 marca 2018

ZAKUPY

Tajemnicą poliszynela jest to, że mężczyźni szczerze nie cierpią zakupów. Wejdzie taki do sklepu, z prędkością światła pogna po to, czego mu trzeba i piorunem do kasy.
 A gdzie celebrowanie promocji? 
Rzadko się zdarza taki osobnik, któremu chodzenie po sklepach sprawia przyjemność. Inaczej rzecz się ma, gdy dotyczy części zamiennych do samochodu, komputera. Tu z pełną powagą, ogląda, zastanawia się w nabożnym skupieniu, w końcu decyduje się na zakup. Przy czym nie wzdycha ciężko, nie rozpacza z potencjalnych ubytków na karcie bankomatowej... On może nie zjeść, ale na przykład, na nową kartę pamięci, czy myszkę do komputera, zawsze się znajdzie.
Nie znoszę chodzić na zakupy z osobami rodzaju męskiego. 
Nawet mój syn, ledwie przeszedł okres dojrzewania, jak zaczął się zachowywać jak każdy przedstawiciel płci męskiej. 
- Po co ci mama dwa kilo mąki, chyba nie sądzisz, że będę to niósł...- mówiąc te słowa, odkłada jedno opakowanie na półkę.
Albo:
- 3 litry oleju? A po co, wystarczy litr... - i to samo.
To ja się pytam, po jakiego grzyba go brałam na zakupy? Toż miał targać ze mną potężne kilogramy, na zapas, bylebym nie musiała tak często biegać do sklepu.
Już nie wspomnę o tym, że w sklepie spożywczym czuje się bardzo nieszczęśliwy... 
I nie wiem dlaczego, przecież płacę ja.
W efekcie cała rodzina wychodzi ze sklepu w minorowych nastrojach. 
Ja -  bo to co młodzieniec niesie, zwykle targałam w jednej ręce, on - bo musi tracić czas na bzdurne zakupy, a w domu wirtualne czołgi jadą bez niego...
Najgorzej, jak się wypuściło faceta na zakupy samego. Nie dość, że przyniósł tylko to, co na kartce było zapisane, to jeszcze nie zdał relacji z promocji, rabatów, upustów...
Jakby miał klapki na oczach... 
A człowiek głodny newsów...
Los bywa okrutny. Teraz targa zakupy, w innym mieście, służąc bicepsem swojej narzeczonej. Nawet obiadki gotuje! Jak to usłyszałam, to z wrażenia spadłam z krzesła. 
Zuch dziewczyna!

I tak oto, zostałam sama, bez męskiego wsparcia w zakupach. Co ma swoje plusy i minusy. Do pozytywnych aspektów tej sprawy zaliczam to, że nikt mi nie jęczy nad głową, że "szkoda kasy", "a co to za promocja", "zwariowałaś, to będziesz kupowała?".
Minusem jest oczywiście fakt, że cokolwiek znajdzie się w koszyku, trzeba dotransportować do domu... A z tym, bywa już różnie. Jeśli ktoś kiedyś Wam opowie, o niewieście w średnim wieku, która swego czasu ciągnęła za sobą 10 kg karmy dla psa, przy czym objuczona zakupami, niczym wielbłąd, to wiecie już o kim mowa))).
Kiedyś usłyszałam w autobusie, jak mama mówiła do córki:
- Zobacz, jestem pewna, że ta pani, gdyby miała jeszcze dwie ręce, to też miałaby co w nie wziąć...

A skoro skazana jestem na siebie, to korzystam pasożytniczo, gdy tylko się pojawi rodzaj męski, najlepiej zmotoryzowany.... 
Niedawno pojechałam ze znajomym do znanego sklepu z artykułami do remontu mieszkania. Jak zwykle, chciałam z majestatem obejrzeć wszystkie półki, bo może czegoś mi potrzeba, a nie znajduje się na liście artykułów niezbędnych... 
Znajomy z prędkością światła pognał po to, po co przyjechaliśmy. A ja za nim, drobiąc i pokrzykując:
- A gdzie Ty się spieszysz? Daj się człowieku rozejrzeć. O zobacz, drabina za 40 zł! Jestem pewna, że mi się przyda.
Popatrzył na mnie tak dziwnie, że nie miałam śmiałości po nią sięgnąć.
A że mieliśmy też zajść do hipermarketu, to pomyślałam sobie, że się "odkuję" w promocjach. 
Zakupiłam tylko to, co niezbędne i biegiem nakarmić swoją ciekawość do innego sklepu. Ledwie przekroczyłam bramkę do zakupowego eldorado, jak coś zapiszczało. Znienacka pojawił się ochroniarz i osłupiała zaczęłam grzebać w torebce. Znajomy roześmiał się na cały sklep, kwitując:
- Nie znam nikogo, kto wchodząc do sklepu już jest rewidowany! Rozumiem, że po zakupach może się tak zdarzyć, ale żeby przed? 
Pierwszy raz coś takiego mnie spotkało. Okazało się, że miałam w torebce zakupione nieco wcześniej leki i to one wywołały alarm. Wystarczyło pozbyć się kartonowych pudełek, a problem zniknął... 

Jestem pewna, że znowu wystąpię w rolach głównych, podczas spotkania towarzyskiego, w większej grupie, w temacie: "nietypowe zdarzenia"...

piątek, 9 lutego 2018

TŁUSTY CZWARTEK

Postanowiłam się odchudzić. Niestety, rzucane są mi kłody pod nogi. Jak tylko przechodzę na dietę, natychmiast robię się głodna. O niczym innym nie myślę, tylko o żarciu. Reprezentując lokalny patriotyzm, zeżarłabym żubra z kopytami...
Moja słaba SILNA WOLA, obrosła już w pórka i awansowała do kategorii " a opowiadałam Wam o mojej znajomej, która..." W konsekwencji, zdarza mi się usłyszeć różne historie i pomyśleć: " O, to zupełnie jak ja". Czasem jednak, nasuwa się podejrzenie, że to jednak o mnie chodzi. 
Wróćmy jednak do tematu. 
Na hasło, że czegoś nie mogę zjeść, natychmiast pożądam owej potrawy i nie spocznę, dopóki tego nie ukąszę. Tak było, gdy usłyszałam, że grozi mi cukrzyca ciążowa (spodziewałam się dziecka), zatem  powinnam wykreślić ze swojego menu cukier.
Nie przejęłam się zbytnio, albowiem nie przepadałam za słodkim, no chyba, że jest to pęto kiełbasy, to już inna bajka...
Ledwie wyszłam z gabinetu lekarskiego, jak zaczęłam myśleć, że zjadłabym napoleonkę... Niczym wydra z kreskówki, dostałam ślinotoku. Dobrze wiedziałam, że będę przechodziła obok cukierni. I oczywiście wstąpiłam do niej, kupiłam 2 napoleonki, po czym pod sklepem dokonałam natychmiastowej konsumpcji. To była orgia gastronomiczna.. Nigdy przedtem, ani potem mi tak nie smakowało, jak wtedy. 

Jak co roku, postanowiłam pozbyć się niechcianych kilogramów. W tym celu, wprowadziłam do swojego kalendarza hasło sport. Jeszcze tylko zostało konsekwentnie realizować ów plan, z czym bywa różnie. Bo jeszcze się spocę i przeziębię, czyli nowa bieda z tego będzie... 
Zakupiłam stepper, inne potrzebne gadżety, bo bez tego nie da się rozpocząć walki o zgrabną figurę. Odwlekałam jak tylko da się termin 0. W międzyczasie stepper obrósł pajęczyną... (a ja się panicznie boję pająków, choć ostatnio są u mnie w łasce, bo podobno zwiastują pieniądze).  W końcu, nawet mnie już się nie udało, przed samą sobą usprawiedliwić kanapowego lenistwa. Ruszyłam do boju i zaatakowałam sprzęt, czyli go odkurzyłam, wytarłam... takie tam... Od czegoś trzeba zacząć, czyż nie?
Przestałam jeździć autobusami, prawie wszędzie docieram pieszo, z czego jestem dumna. Naprawdę starałam się  mniej jeść, ograniczać słodycze. Osiągnęłam przynajmniej tyle, że waga stroi w miejscu ( w łazience). 

I w końcu przyszedł straszny dzień: Tłusty Czwartek. 
Poniosła mnie ułańska fantazja i w charakterze pączka, zabrałam do pracy śledzia w buraczkach... Ledwie przekroczyłam próg zakładu pracy, a już koleżanki rozpoczęły wielkie częstowanie. 
Pierwszego pączka dostałam od kasjerki. No jak go nie zjeść na szczęście? Przecież kasy zabraknie...
Drugiego od kierowniczki. Niebezpiecznie jest odmówić...
Trzeciego od dyrektorki. Jak wyżej...
Czwartego, piątego i szóstego od przesympatycznych koleżanek...
Siódmego, od kolegi.
Przy czym, każdy patrzył w zęby i pilnował, bym skonsumowała...
A mój pączek, ze śledzia w buraczkach kusił z torebki.
Dostałabym i więcej tych pączków, ale zaczęłam odmawiać. 
- Błagam, tylko nie pączek, od tego szczęścia przewróci się w głowie...
No to dostałam talerz faworków...

Żegnaj zgrabna figuro... Może się kiedyś jeszcze spotkamy, w co wątpię...

czwartek, 25 stycznia 2018

TORTURY


Nie odstając od innych, postanowiłam się nabawić choroby cywilizacyjnej. Jak wszyscy mogą mieć, dlaczego ja nie? Postawa "matki Polki" doprowadziła do zwyrodnień 4 kręgów szyjnych, oraz (bo przecież się nie mogę zatrzymać, jak się rozpędzę) zespołu cieśni nadgarstków z kanałem łokciowym obu dłoni.
Zwyczajowo lekarza omijam szerokim łukiem, ale nie wtedy gdy boli. Wytrzymałam dwa tygodnie, w końcu się pofatygowałam do lekarza pierwszego kontaktu. Ten mnie skierował do specjalisty. Objawy były niejednoznaczne, na dwoje babka wróżyła, czyli albo chodzi o kręgosłup, albo o cieśnie (jakże ostatnio modną). Wyniki były zaskakujące, albowiem wyszło to i to...
Pięknie.
A wszystko się rozciągnęło w czasie, bo nie od razu można zrobić rezonans, czy też EMG. Dalej w nocy budziłam się z bólu, a to głowa bolała gorzej niż przy migrenie, a to łapki. Człowiek to dziwne stworzenie, intuicyjnie przybierze postawę, która zminimalizuje ból. Szybko odkryłam, że nie mogę spać z rękoma ku górze, muszą opadać w dół. Bólu głowy nie zniweczysz tabletkami przeciwbólowymi, zbudzisz się cierpiąc i tak samo zaśniesz, jeśli dasz radę.
A do tego trzeba pracować...
Neurochirurg zaprasza serdecznie na stół operacyjny...
Jak tylko to usłyszałam, doznałam nagłej poprawy stanu zdrowia, niekoniecznie chciałabym wylądować w statystyce, nieudanych operacji. Teraz mogę jeszcze komuś skopać tyłek, a tak... lipa...
Ortopeda zaaplikował garść prochów i "czerwone" zastrzyki. Podobno bardzo bolesne. Pielęgniarkom trzęsły się ręce, jak wkłuwały się w szeherezadowe pośladki.
A ja kompletnie nic nie czułam. Trochę piekło, ale żebym coś takiego miała obsadzić w kategorii "bolących zastrzyków", to nie. Niestety poprawy też nie było. Zatem po raz drugi, dostałam zastrzyki. Próbowałam zaprotestować:
- Znowu??
Na co usłyszałam:
- Dziewczyno, zastrzyki, albo wjeżdżasz na stół...
Rozwalił mnie ortopeda. Jak ja dawno nie słyszałam, by ktoś do mnie się zwracał per "dziewczyno"...
- No to poproszę zastrzyki...
Tym razem to już ze skóry wyłaziłam i stawałam obok. Tak bolało. A cztery litery wręcz sine...
Za to pomogło nieco.
Tymczasem pani neurolog skierowała na rehabilitację.
Z hasłem "pilne", dostałam propozycję w tamtym roku, we wrześniu, na grudzień 2018 r. Zatem pognałam do innych miejsc, szukając wcześniejszego terminu. I udało się, padła propozycja na styczeń... Jak ja się ucieszyłam))) A pani w recepcji zdziwiona rzekła:
- No proszę, jedyna pacjentka, co się cieszy, a nie robi dzikich awantur, że tak długo trzeba czekać...

I przyszedł ten moment, rozpoczęłam rehabilitację...
Jako że nigdy jeszcze nie miałam żadnych zabiegów, przyszłam zupełnie nieprzygotowana. Brak butów na zmianę, stroju sportowego, bluzeczki odkrywającej łopatki...
I przy okazji galwanizacji, świeciłam gołym ciałem, strasząc studentów i przypadkowych widzów. Bo okno, rzecz jasna nie było zasłonięte... Dopiero wtedy przypomniałam sobie, że mam mnóstwo bluzeczek z suto marszczonymi dekoltami, albo odsłoniętymi plecami, ja jednak... musiałam inaczej...
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ostatecznie adepci sztuki medycznej, muszą zachować zimną krew...
Na końcu wszystkich zabiegów są ćwiczenia. Pierwszego dnia, fizykoterapeuta natychmiast kazał mi się położyć na macie... Od razu spiekłam raka.
-Pani się źle czuje? - usłyszałam
- Nie - wyszeptałam - jestem tylko nieśmiała...
No ja cię kręcę! Kłaść się na macie... i to wielkie lustro. Jak się zobaczyłam, to od razu akcja wciągaj brzuch. Ile razy mnie sztorcował, bym oddychała. No weź i oddychaj, jak jesteś zajęty zmniejszaniem swego obwodu...
Innym razem, oddano moją skromną osobę pod dyktando stażystów. Matko jedyna! Ci to dopiero się wykazują... Po takiej akcji doszło do skurczu dłoni, gdzie kciuk samoistnie się schował i za nic nie mogłam go odgiąć. Co sobie poćwiczyłam, to moje... Jakby tak z miesiąc czy dwa, codziennie mnie trenowali, to miałabym pewnie na plecach "motyle"...
Innym razem trafił mi się fizykoterapeuta z "misją". Rozszalał się i przećwiczył podwójnie. Na nic było chrząkanie, z wymownym oglądaniem zegarka. Twardo się nie domyślał. W końcu tortury dobiegły końca i rzekłam:
- No to mnie pan dzisiaj podwójnie przećwiczył...
- To, czemu pani nic nie mówiła?
(Chrząkałam znacząco przecież...)
- Bo ja jestem pacjent pasożyt - odrzekłam.