niedziela, 2 kwietnia 2023

TRAUMA

Na obecny wpis musieliście bardzo długo czekać, bowiem przeżywałam pewne zdarzenie, które musiałam w sobie jakoś poukładać. Do dziś nie mogę się pozbierać. Moje Ego legło w gruzach.

A było to tak…

Przed świętami Bożego Narodzenia poszłam do sklepu poczynić pewne zakupy. Za linią kas stało dwoje młodych ludzi - kobieta i mężczyzna, którzy zbierali pieniądze do puszki na chore dzieci. Przesiąknięta świąteczną atmosferą postanowiłam wrzucić skromny datek. Podeszłam do wolontariuszy, wrzuciłam pieniądze do puszki i słyszę:

- Proszę poczęstować się cukiereczkiem – powiedział młody mężczyzna.

- Nie dziękuję – odparłam.

- Jak pani nie chce, to może dla wnuczka albo wnuczki? - dodała młoda kobieta.

I w tej chwili całe moje dobre samopoczucie, szlag trafił. Do tej pory żyłam w błędnym przekonaniu, że wyglądam młodo.  Przyznaję, że od dawna marzę o tym, żeby zostać babcią. I tu pojawia się duża sprzeczność. Chciałabym być babcią, ale najwyraźniej na własnych warunkach. Nie wiem, jakim miałam wyraz twarzy, ale wolontariusz płci męskiej postanowił ratować sytuację:

- No co ty opowiadasz? Pani nie może mieć jeszcze wnuków, bo jest jeszcze za młoda. Dla dzieci proszę wziąć.

Będą z niego ludzie…

 A pani nie rokuję sukcesów.

Tak sobie myślę, że co innego wiedzieć, że mogę mieć wnuki, a co innego na nie wyglądać. Uparcie nie chciałam wziąć cukierka. Na koniec warknęłam:

- Moje dzieci są już dorosłe, nie ma wnuków, nie dostaną cukierka!

 

Ledwie pozbierałam się po tym traumatycznym przeżyciu, a tu nowy cios. Poszłam do drogerii po nowy krem, do twarzy. Produktów było bardzo dużo, nie mogłam się zdecydować na konkretny, w związku z czym postanowiłam poprosić o pomoc personel.

- Czy mogłaby mi pani polecić jakiś dobry krem do twarzy?

Pani patrząc mi głęboko w oczy, odpaliła bombę atomową.

- Klientki bardzo chwalą krem takiej i takiej firmy, dla pani proponuję ten 60 plus.

Z pewnością nie wyglądałam na szczęśliwą osobę. Jak się uśmiechałam, tak przestałam. Pani natychmiast próbowała ratować sytuację:

- Oczywiście pani daleko do tego wieku, ale ten krem działa tak świetnie, że warto go wypróbować. Klientki sobie bardzo chwalą.

- Akurat- pomyślałam sobie. -Szczerze wątpię, by jakakolwiek kobieta chciała się przyznać, że ma tyle wiosen na swoim koncie.

 

Te dwa zdarzenia sprawiły, że potrzebowałam bardzo mocnego pocieszenia.

Nie mogło to być byle co.

I nie było.

Kupiłam sobie całą serię Malazjańskiej księgi poległych Stevena Eriksona.

 

 

 

piątek, 15 lipca 2022

KONIK

 

Przedstawiam Wam Konika.  Namaszczenie nieokreślone, nie jest to siwek, ani też kary. Kogo nie pytałam, nie umie określić, jaki to kolor. Ciągle słyszę:

- Pani kochana, nie znam się na kolorach!

Większość męskiej populacji wyznaje mi w zaufaniu, że są daltonistami…

Wygodne.

Problem w tym, że i ja nie wiem jaki to kolor, w związku z czym podejrzewam, że jest we mnie spory pierwiastek męski. Na wszelki wypadek pomacałam się tu i ówdzie, ale nie, niczego mi nie przybyło, ani nie ubyło.

            Razu pewnego przyjechałam Konikiem do pracy. Najwyraźniej Konik się znarowił, bo jechało mi się ciężko, na szczęście były przejścia, gdzie musiałam z niego zejść i go poprowadzić. Gdyby nie to, nie wiem jak by było, pewnie wyzionęłabym ducha. Dojechałam do pracy i krzyczę do koleżanki:

- Otwórz stajenkę, muszę Konika zaparkować.

Otworzyła zdalnie, dzielna niewiasta.

Zaparkowałam, przypięłam (żeby mi Konik nie zmienił właściciela), patrzę, a tu idzie ulubiony kolega. Dopadłam go pod drzwiami i wystosowałam serdeczną prośbę:

- Maniuś, proszę Cię, bardzo proszę, zobacz czy nie trzeba podkuć mi konika, coś się znarowił.

Maniuś oczy wybałuszył jak 500 zł. Nie bardzo rozumiał o czym do niego mówię.

- Koniem do pracy przyjechałaś??

- Nie koniem, tylko Konikiem.

- Kucykiem??

- Jakim kucykiem, kucyk to mogę sobie zrobić, a nie na nim przyjechać.

Przez moment rozważałam, czy aby nie czas zastosować jakiegoś focha, z katalogu, ale zrezygnowałam, w końcu to ja przyszłam w łaskę. Trochę mnie oburzyło, że widział mnie na tak nędznej szkapinie. Rozumiem, że jestem nikczemnego wzrostu, ale żeby kucyk?? Mnie się należy pełnokrwisty rumak bojowy!

- Chodź, pokażę – pociągnęłam kolegę do Konika.

Popatrzył na mnie dziwnie, jednak był zbyt zaintrygowany, żeby protestować.

- Aaaaa, ten Konik! – roześmiał się. – Sprawdzę, czy nie trzeba go podkuć.

Pomacał, po czym wydał wyrok:

- Stanowczo wymaga podkucia.

I rechocząc, poszedł poszukać narzędzi.

Szybko się rozniosło w pracy, że mam Konika. I już nikt inaczej go nie nazywa.

-Przyjechałaś Konikiem?

- Przyjechałam.

- No to otworzę ci stajenkę…

Na pewno już wiecie. Konik to mój rower…

czwartek, 10 lutego 2022

ZAMASKOWANA

  To już kolejny rok, gdzie musimy nosić maseczki. Do niedawna, ów obowiązek traktowałam jako zło konieczne. Zdarzało mi się zapomnieć o szmatce na gębusię, zwłaszcza na początku zarazy. Parę razy udało mi się robić zakupy bez maseczki, nikt mi nie zwrócił uwagi, tylko ten wzrok klientów... Czułam, że coś nie tak, ale dopiero po przyjściu do domu następowało oświecenie. Rychło w czas, jak wszystko u mnie. 

A skoro udało mi się zaoszczędzić na mandatach, to dokonywałam usprawiedliwionych zakupów książkowych. W efekcie rozważam nabycie kolejnych trzech półek na książki...

Posiadam także czytnik ebooków, ale to nie to samo. 

Przyznaję, w pracy też czytam. Problem w tym, że od zarania mojego życia zawodowego, szefostwo usiłuje mnie zdyscyplinować w tym zakresie. Póki co wrosłam w krajobraz z książką w ręce. Niestety od czasu do czasu udaje się mnie złapać na gorącym uczynku:

- Ciekawa ta książka? - dobiega do mnie z odległej galaktyki głos szefowej.

-Wspaniała! - I gdy już jestem gotowa spamować, dalsza część wypowiedzi skutecznie studzi mój zapał.

- To może teraz zrobisz sobie dłuższą przerwę i popracujesz?

Skoro szefowa tak prosi, nie pozostaje mi nic innego, jak z wielkim entuzjazmem zabrać się do  roboty. Później w autobusie oddaję się swojemu czytelniczemu nałogowi, co się zwykle źle kończy. Nagle okazuje się, że jestem w dziwnym miejscu, moje miasto ciągle się rozbudowuje i rozrasta. l nie mam pojęcia jak ja  się tam znalazłam. Teleportacja, jak nic. 

W dodatku popsuł mi się wzrok, a także nastąpiła zmowa przedsiębiorstw wydawniczych, bo literki w moich ukochanych książkach są coraz mniejsze. Musiałam zastosować doping, w związku z czym jestem dumną posiadaczką kilku par okularów do czytania.  

I tu zaczynają się schody...

Jak pracuję w okularach, szefostwo z automatu poluje na mnie i moje lektury. Stąd prosta droga do nowoczesności w postaci czytnika. Jeszcze mnie na jego używaniu nie przyłapano. Może dlatego, że nie umiem się do niego przekonać. 

Coraz to nowe książki, autorzy debiutanci, o których na pewno będzie głośno, sprawiają że nie jestem na bieżąco z lekturą. Staram się jak mogę, ale to beznadziejna walka, nie przeczytam wszystkiego...

Pewnego razu tak się zaczytałam w autobusie, że jak oprzytomniałam to byłam w egzotycznym miejscu. Nie pozostało mi nic innego, jak się ewakuować na drugą stronę ulicy, wsiąść do następnego autobusu, dzielnie pozbawiając się lektury, bo kto wie, kiedy byłabym uprzejma dotrzeć do domu. 

Wysiadłam z duszą na ramieniu, obce terytorium, nieznane mi tereny, w związku z czym należy zachować czujność. Zamaskowana z obowiązku, ale i dla niepoznaki (może nikt mnie nie rozpozna  i nie przyłapie w takim dziwnym zadupiu, zwłaszcza znajomi dzieci, potem donos i weź się matka tłumacz). Czujna jak gazela, rozglądam się na boki wietrząc niebezpieczeństwo. Po drodze mija mnie grupa młodzieży, na oko po 15 lat. I nagle słyszę:

- Z tą to bym się i umówił. Ma takie piękne niebieskie oczy.

Rozglądam się na boki, w celu zlokalizowania obiektu westchnień. Pusto w okolicy... 

Przeżyłam wstrząs. Oczy wytrzeszczyłam, kłapaczka mi opadła. Gdybym miała sztuczną szczękę, to bym musiała jej szukać w okolicy. 

I tak całą drogę do domu rozmyślałam sobie o tym jak to zdalne nauczanie zepsuło młodzieży oczy. Rozumiem, że było ciemno, ale nie aż tak, by  podrywać potencjalną babcię.  I przypuszczam, że jestem dużo starsza od jego rodziców.

I co mogłabym z takim Adonisem zrobić? Chyba tylko jedno:

- Wnusiu, chcesz rosołku? 


poniedziałek, 29 marca 2021

SŁABA PŁEĆ

 Przyjęło się, że to kobiety określa się mianem słabej płci.
Pozwolę sobie się z tym nie zgodzić.
I nie nie jestem wojującą feministką, podkręcającą wąsa i dobywającą miecza dla szpanu. Szybciej przedefiluję w nowej kiecce z metką, na której widnieje odpowiednio duża kwota, krokiem statecznym, żeby inne niewiasty miały czas spuchnąć  z zazdrości. 

Wróćmy do tematu.
Prawda jest taka, że jesteśmy z reguły silniejsze i odważniejsze od mężczyzn. Gdyby panów postawić w sytuacji kobiecej, zapewne szybko by się poddali i zniechęcili. 
Na przykład wizyta u dentysty sprawia, że największy twardziel nie wytrzymuje ciśnienia. Najczęściej u stomatologa widzę pary, ewidentnie rodzaj męski potrzebuje wsparcia i eskorty pod drzwi. Partnerka życiowa zostaje pod drzwiami, czujna i gotowa wkroczyć do akcji, gdyby nieborakowi się zemdlało. 
Dawno temu słyszałam taką rozmowę:
- Proszę pana, proszę się nie bać, nic nie będzie bolało...
- Nie jestem o tym przekonany, może przełożymy tę wizytę? Nie czuję się gotowy...
- Skoro już pan tu przyszedł, to proszę usiąść na fotelu. 
Tak, nie przyszedł z własnej woli, do miejsca kaźni przywlokła  go jego własna połowica. Stosując prośby, groźby i szantaż odstawiła go do gabinetu i przekazała w fachowe ręce. Najwyraźniej zła to kobieta była...
- Niech mi pan powie, w którym momencie budzi się w panu lęk? 
- Przed drzwiami z napisem stomatolog... - pisnął cichutkim głosem samiec alfa.
Myślicie, że to odosobniony przypadek?
Nie sądzę...

Weźmy na tapetę poród. Przy współtworzeniu obecny, ale jak przychodzi do rozwiązania, to zwiewa aż się kurzy.
- Słuchaj, może byśmy razem urodzili?
- No coś ty, jeszcze bym ci przeszkadzał. Poza tym boję się, że jakby co to mogę nie wytrzymać i zdzielić lekarza czy położną.
Akurat. 
Prędzej zrobi się zielony, siny, przeźroczysty i łup na posadzkę z całą swą okazałością samca alfy. Może i dobrze, że stchórzył, bo w końcu to kobieta rodzi i to nią powinno się zajmować. W dodatku może w trakcie porodu usłyszeć parę ciepłych słów, pod adresem narzędzia zbrodni i przysięgi, że już nigdy ale to nigdy nie podejdzie na odległość kilometra za to, co jej zrobił. Za to po fakcie, puszy się i chwali, jakby sam osobiście urodził dziecko. I oczywiście w jego kierunku kierowane są wszelkiego rodzaju gratulacje. Ale gdyby to mężczyzna musiał urodzić swego potomka, to okazałoby się, że świat w ciągu kilkudziesięciu lat się wyludnił. 
Od zarania dziejów, kobiety musiały sobie radzić, kiedy mężowie udawał się na wojnę. Najpierw ją wywoływali, po czym wskakiwali na koń i zanim opadł kurz, już ich nie było. Niewiele się zmieniło do tej pory, zamienili tylko żywego rumaka na mechanicznego. 

Gdy tylko mają katar, to trzeba nad nimi skakać, nie mają siły zrobić sobie herbaty, czy kanapki. I ten słabiutki głosik, pełen boleści:
- Kochanie, podaj mi leki, bo nie mam siły po nie sięgnąć.
Ale nazajutrz powlecze się taki do pracy, zapewne ostatkiem sił.
Do lekarza się nie uda, bo i po co. Najczęściej podstępna niewiasta ciągnie go do przychodni, w celu zdiagnozowania.

A zauważyliście, kto usilnie pracuje przed samymi świętami? Kto zostaje po godzinach i wymyśla wszelkiego rodzaju innowacje i angażuje personel do wzmożonego wysiłku? Miganie się od obowiązków domowych opanowali do perfekcji...
Wraca pan domu po pracy i od drzwi woła:
- Co na obiad żono? Ale jestem zmęczony... 
I od razu włącza telewizor, oczekując pełnej obsługi gastronomicznej.
Ten obiad sam się zrobił, ciuchy się wyprasowały, dom się posprzątał, dzieci same się zaopiekowały. I jeszcze potrafi wtrącić:
- To co ty cały dzień robiłaś, jak to nie zostało zrobione?
A ona dopiero wróciła z pracy. 
Aż się prosi, by  na pytanie: co na obiad, rzec:
- Kuchnia afrykańska.
- A co to takiego? 
-Nic.

A jak zostawisz mężczyznę samego z własnymi potomkami, możemy być pewne, że w domu pobojowisko a obiad został zamówiony.
Znałam pewnego mężczyznę, który w ciągu miesiąca schudł 15 kg, bo małżonka wylądowała w szpitalu. Biedakowi nie było komu podać pod nosek. 
Statystycznie panowie żyją krócej, w większości ci, co stracili swoją partnerkę życiową, albo samotni...
Bo taka jest prawda, drodzy panowie, że to ta wredna, domowa sekutnica Was wlecze do lekarza, dentysty i dba o to, byście się dobrze odżywiali.
I kto tu jest słaby?

środa, 24 marca 2021

ZMIANA

  Świat ruszył gwałtownie do przodu, ja mam zadyszkę i z lekka zwalniam, żeby nie napisać, że wlokę się w ogonie.

Mam wrażenie, że nie nadążam za nowinkami technologicznymi. Niby wszystko ma być uproszczone, a odbieram to jako zamach na moją inteligencję. 

Weźmy na przykład Windowsa 10. Kafelki, a co to ja małe dziecko jestem?

Już zdziecinniałam i nie byłam łaskawa tego spostrzec? 

Łapię się na tym, że wcale nie mam ochoty zapoznawać się nowinkami technicznymi. Coś, co dla kogoś jest bardzo proste w obsłudze, mnie sprawi na pewno problem. Do tego dochodzi lęk przed zepsuciem maszynki. 

W dodatku mam wrażenie, że te wszystkie udogodnienia tylko komplikują sprawę, oraz następuje pewne przeładowanie technologią. 


Pewnie rzeczy, które dla mnie były oczywiste, dla moich dzieci są abstrakcją. I analogicznie, to co dla nich jest oczywiste, dla mnie nie.

Telefony dawniej były tylko stacjonarne. Jak ktoś nie miał, a chciał się skontaktować z osobą posiadającą owe dobro z kategorii luksusowej, pędził do budki telefonicznej. Kręciło się tarczą w celu wywołania pożądanego numeru telefonu. Wystarczyła jedna moneta o odpowiednim nominale i można było gadać i gadać... W międzyczasie powstawała kolejka, składająca się z osób, tak samo jak ja, spragnionych dialogu z wybraną osobą. Czasem można było być wyniesionym z budki, przez współwyznawców szalonej ówczesnej technologii. I wciąż trzymając kurczowo słuchawkę, dopóki kabel pozwolił, rzuciło się parę ostatnich słów. 

Bywało, że budka telefoniczna padała ofiarą złości rozmówcy. 


Pewien mężczyzna, biegający w lutym po mieście, w swetrze i kapciach poszukiwał budki telefonicznej. Każda mijana po drodze była zdemolowana, a ten w akcie złości szarpał za naderwaną słuchawkę. Zobaczyli go milicjanci. Chcieli go zaprosić w ciepłe miejsce, czyli do radiowozu...

Okazało się, że to przyszły tato biegał po mieście, szukając budki telefonicznej, w celu wezwania pogotowia do swojej żony. Na jego miejscu, też bym biegała, mając wizję odebrania własnoręcznie swojego dziecięcia. Spotkało się to z pełnym zrozumieniem, panowie milicjanci podwieźli przyszłego rodzica do działającej budki telefonicznej, potem odwieźli go do domu. Dość szybko odjechali, pewnie bali się, że zostaną zaangażowani do akcji porodowej. A tymczasem małżonka owego nieszczęśnika przymierzała kolejne kreacje, bo przecież byle jak nie pojedzie ubrana. Prawie tato patrzył na to ze zgrozą, obgryzając pazury. Oczyma wyobraźni widział siebie, jak stoi na balkonie i ryczy: ratunku! Pomocy!


Swego czasu można było usłyszeć w słuchawce obce głosy. A jak kto bardzo był ciekaw, to mógł zapoznać się z problemami innych ludzi. A hitem w skali światowej, był co kilka minut głos, który oświadczał: Rozmowa kontrolowana! Rozmowa Kontrolowana! 


Na telefon stacjonarny długo się czekało. Najpierw należało uiścić koszmarną opłatę, potem kupowało się aparat telefoniczny. I się czekało, czasem parę lat. W końcu przychodził moment, że i ja mogłam się pochwalić własnym numerem telefonu. Koszty abonamentu sprawiały, że dzwonek pobrzmiewał rzadko, a gdy już to wszyscy na wyścigi, biegliśmy do aparatu. Synkowi tak się spodobała możliwość pogawędki, że kiedyś wyznał:

- Mamusiu, jak w nocy się budzę, to dzwonię do takiej pani i sobie rozmawiamy... 

Okazało się, że moje dziecko po nocach wydzwania do przypadkowo wybranych osób i z nimi gawędziło. Przyznało, że niektórzy na niego krzyczeli i kazali odłożyć słuchawkę, czasem zawołać rodziców, ale nie miał śmiałości przerywać nam snu. Chyba tylko cud sprawił, że nie dodzwonił się do jakiegoś egzotycznego miejsca. Rachunek był okazały i to ja zostałam oskarżona o nadmierną gadatliwość...


W krótkim czasie pojawiły się pierwsze telefony komórkowe. Pierwotnie były to słuchawki wielkości cegły, kosztujące fortunę. Był to produkt bardzo luksusowy, mało kogo było na niego stać. W ciągu paru lat pojawiły się komórki bardziej podręczne, mniejsze i dostępne szerszemu gronu. W końcu i ja się jej dorobiłam. Rozmowy przez komórkę były drogie, więc człowiek naprawdę ograniczał się tylko do arcyważnych spraw. Wyjątkiem była moja mama. Opracowała autorską koncepcję, w której to najpierw do mnie dzwoniła, po czym w środku zdania traciło się połączenie. Grzeczna córka (czyli ja, jakby ktoś się nie domyślił) natychmiast oddzwaniała, po czym zawsze usłyszała:

- Oj, coś tam przerwało. Ale słuchaj...

I takim sposobem zawsze ja miałam potężny rachunek do zapłacenia, a współrozmówczyni mieściła się w abonamencie. A potem dawała złote rady, że powinnam jednak ograniczyć te moje rozmowy...


Ze wstydem wyznaję, że swego czasu ośmieszyła mnie moja siedmioletnia córka. Otóż oddałam jej swoją pierwszą komórkę i ta w pięć minut odkryła jej możliwości, o których przez dwa lata nie miałam pojęcia. 

Już wcześniej były sygnały, że tak się stanie. Miałam nowiutki telefon, pierwszy, którym robiło się zdjęcia. Córci kategorycznie zakazałam dotykania tego sprzętu. Minęło kilka dni. Przeglądałam zdjęcia. Patrzę, a tam seria zdjęć, gdzie widać tylko małe nóżki... 

Do dzisiaj nie mam bladego pojęcia co naprawdę potrafi mój telefon. Wiem tylko, że włączają mi się funkcje, których nie chcę, albo wymusza określone działanie. A ja chcę tylko porozmawiać, ewentualnie napisać esemesa, albo obejrzeć przesłane zdjęcie.


Jest wiele możliwości, z których ani myślę korzystać. Może kiedyś do tego dojrzeję, ale na razie nie zamierzam płacić telefonem. Nie mam aplikacji bankowej w telefonie. Wystarczy, że dostaję histerii przy karcie bankomatowej. 

Dawniej kiedy chciałam spotkać się ze znajomymi, po prostu do nich szłam. Normą było, że i mnie odwiedzano nie zapowiadając się. A dzisiaj? 

Dzwonimy, żeby usłyszeć:

- Wiesz, dzisiaj to nie, jestem zajęta. Może w następnym tygodniu się zdzwonimy...

I przede wszystkim nie byliśmy tak uwiązani, jak teraz. Dzwonił pracodawca? A to pech, nie było mnie w domu... Można było też odłożyć słuchawkę, niech se dzwoni. Dziś w każdej chwili można nas dopaść.


poniedziałek, 8 marca 2021

BABSKIE ŚWIĘTO

I przyszedł ten dzień. 

Znienawidzony przez mężczyzn, uwielbiany przez kobiety. 

8 marca.

Czy chcesz, czy nie, drogi Mężczyzno pędzisz po kwiaty, ewentualnie po drobiazg typu kolia brylantów, szmaragdów itp. 

Nie wykręcisz się tekstem, że to komunistyczne święto, że go nie poważasz i nie celebrujesz, niestety dla Ciebie, my świętujemy.

Już od rana okupujesz kwiaciarnię, nerwowo zerkając na zegarek, bo spóźnisz się do pracy, a znów trudno się wstawało, zwłaszcza że dziś poniedziałek. W robocie o zgrozo, całe stado niewiast, które na pewno ów dzień celebrują w całym majestacie. Nie ma przebacz.

Jeśli jesteś człowiekiem mającym węża w kieszeni (nie, nie tego węża...) rozstanie z każdą złotówką przypłacasz bólem serca, weź profilaktycznie  nitroglicerynę. Bardziej się to opłaca, niż paść trupem pod wpływem nieżyczliwych, piorunujących oczu koleżanek. Bo my kobiety, bywamy bardzo, ale to bardzo wredne...

Nie ma przebacz, drogi Kolego, pamięć mamy jak słoń. Do emerytury masz przerąbane. W uzasadnionych przypadkach dłużej.

Zatem dla swojego dobra pędzisz do kwiaciarni bladym świtem, niejednokrotnie zastając zamknięte drzwi, a przed nimi tłum tak samo zdesperowanych osobników rodzaju męskiego. 

Zgadza się, nie Ty jeden na to wpadłeś...

Wierz mi, będzie się to opłacało.

Możesz nie brać kanapek, zostaniesz poczęstowany wypiekami domowymi, a spróbuj przy tym się skrzywić... Trenuj zatem pogodny wyraz twarzy, w końcu to nie Twoje święto...

Jak już przebrniesz przez ten dzień w pracy, czeka Cię jeszcze ważniejsza misja, nie podpaść własnej kobiecie. 

Jak to skrewisz, śpisz na kanapie... Od Ciebie zależy jak długo. 

Jadasz na mieście, z tych samych powodów. 

Przy okazji naucz się obsługiwać pralkę i żelazko...

I nie powiemy, gdzie są Twoje skarpetki, czy ulubiony krawat.

Skończyła Ci się pianka do golenia, ulubiony dezodorant? A to pech...


I na koniec.

Uważaj!

W kalendarzu kobiet NIE ISTNIEJE DZIEŃ MĘŻCZYZNY!


 

czwartek, 18 lutego 2021

MEA CULPA



Tak się dziwnie składa, że cokolwiek zaplanuję, szlag trafia w błyskawicznym tempie. Moje marzenia zwykle przybierały wypaczoną ich formę. 

Weźmy przykład: mijając kolekturę totolotka, postanowiłam zdać się na los i wykupiłam zakład. Po losowaniu ze zdumieniem zanotowałam, że jestem niebywałym pechowcem, bowiem nie padła żadna cyfra z mojego kuponu. Był czas, że z uporem maniaka usiłowałam zaprzeczyć tej teorii i co jakiś czas biegałam do totolotka, sądząc, że co jak co, ale teraz to na pewno trafię trójkę...

Drugi przykład: zaplanowałam wyjazd do Przyjaciółki, wszystko zapięte na ostatni guzik, bilety kupione i można jechać. Wieczorem odbieram telefon, moje dziecko przebywające na koloniach złamało nogę, trzeba je zabrać... 

Inny przykład: marzyłam by zwiedzić Katedrę Notre Dame, przez wiele lat trzymałam się tego, że pewnego pięknego dnia uda mi się ją na żywo obejrzeć. I co się stało? Spłonęła...


Byłabym nieuczciwa, gdybym nie wspomniała, że życie zafundowało mi też niespodzianki, ale takie wielkiego kalibru. Nigdy nie ośmieliłam się marzyć o tym, że znajdę się w Zamku Windsor, zwiedzę Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud, albo będę chodzić codziennie po Monaco, kąpać się we wrześniu na Lazurowym Wybrzeżu, co prawda nie topless ku oburzeniu współplażowiczów. A trzeba Wam wiedzieć, że byłam jedyna w kompletnym stroju kąpielowym, czym zgorszyłam ówczesnych Francuzów. 

Dziś pewnie okazałoby się, że jestem nie dość tekstylna, bo i czasy się zmieniły. I weź tu znaj się na  modzie, ledwie człowiek się lekko zagapi i już faux-pas...


Wróćmy do omawianej sprawy.

Coś mi mówi, że cała ta niekończąca się pandemia to moja robota...

Po pierwsze: po narodowej kwarantannie trochę* mnie przybyło, oczywiście wszędzie tam, gdzie nie chciałam. I ta szmatka na gębusi doskonale tuszuje pewne widoczne mankamenty. I tylko te udało mi się ukryć. 

Po drugie: w tamtym roku miałam zwiedzać zamki Walii, a być może i Szkocji... (zanim Anglia wyjdzie z Unii Europejskiej). Jak wyszło, możecie się domyślić.

Po trzecie: w zeszłym roku nabyłam komplet walizek, sądząc, że niedługo cała ta zaraza się skończy i będę mogła włączyć gen włóczęgi. Boję się napisać, co to oznacza...

Po czwarte: w tym roku miała odbyć się podróż życia, od kilku lat planowana. Z okazji okrągłych urodzin, miałam z Przyjaciółką pojechać w pewne miejsce, też wymarzone... 

Sami widzicie, widoków na normalność nie ma, przeze mnie. 


Oświadczam uroczyście, że na 2022 rok, nie planuję niczego...


trochę* - wielkie, ale to wielkie niedomówienie.


środa, 20 stycznia 2021

ZAPROSZENIE

 Siedziałam sobie w pracy, nie wadząc nikomu... Rozmyślałam nad pewnym zagadnieniem; zrobić sobie kawę, czy nie... Już byłam bliska skusić się na ukochany napój, gdy zadzwoniła osobista komórka.

- Czy pani taka a taka? 

- Owszem, we własnej osobie - odparłam zdawkowo.

- Proszę pani, dzwonię z centrum onkologicznego i mam przyjemność zaprosić panią na mammografię, czy chciałaby pani skorzystać? 

- Yyyyy... - tylko tyle byłam w stanie z siebie wydusić, po czym jednak doznałam przebłysku inteligencji - A kiedy? 

Prawda, że szczyt moich możliwości intelektualnych? 

- Kiedy tylko pani zechce - usłyszałam.

- Proszę podać jakiś termin, zorientuję się, czy mam czas.

- Na przykład jutro, co pani na to?

- Jutro ?? Tak szybko?

- Tak szybko.

- No dobrze, może być jutro - zgodziłam się.

- O której pani odpowiada.

Ustaliłyśmy godzinę, miejsce, oraz warunki jakie muszę spełnić, by owa mammografia przebiegła prawidłowo. Dowiedziałam się, że nie mogę używać tego dnia żadnych balsamów, dezodorantów.

Jak już zakończyłam rozmowę, naszła mnie smutna refleksja:

- No trudno, zaplotę warkocze pod pachami... 


Następnego dnia udałam się do centrum onkologicznego. Nigdy się nie interesowałam, jak to wszystko wygląda w dobie pandemii. Napisów też nie czytam, dopóki ktoś mi nie zwróci uwagi...

Wparowałam centralnie, jak zawsze. Już na wejściu młody człowiek w panterce zapytał:

- Czy pani jest z personelu szpitala?

- Nie, ja tylko na badanie,

- To proszę się cofnąć, przejść przez namiot, wypełnić ankietę i dopiero wtedy innym wejściem można tutaj wejść.

- Och... to przepraszam, już idę - wycofałam się i posłusznie skierowałam do namiotu. 

Byłam ciekawa, co za atrakcje mnie tam czekają...

Z pewną dozą nieśmiałości wtargnęłam do namiotu. Pustka. No nic, idę dalej. Na swojej drodze spotkałam kontener. Odczekałam swoje i wchodzę. Następny młody człowiek rodzaju męskiego skierował ku mnie termometr. Strzelił. Jeszcze raz to samo. 

W końcu wymamrotał:

- Co jest? może z szyi... - znowu strzał. 

Nie chciałam mu mówić, że na mój widok wszystkie urządzenia wysiadają. Litościwie zaproponowałam, że odgarnę włosy z czoła i może wtedy coś wyjdzie. Tak też zrobiłam.

Tym razem się udało, byłam ciekawa jaka jest moja temperatura, czy mnie wpuszczą, czy wykopią za psucie państwowego sprzętu.

Wpuścili, wręczając mi ankietę którą miałam wypełnić. A na niej widniało 35, 4. 

Następnie udałam się do właściwych drzwi. Ten sam młody człowiek skierował mnie do szatni. W duchu gratulowałam sobie, że nie znoszę się spóźniać i przybyłam dużo wcześniej, bowiem za nic nie zdołałabym o czasie stanąć przed maszyną. 

Jak tylko się pozbyłam wierzchniego okrycia, zdezorientowana stanęłam na środku, zastanawiając się, gdzie do diaska teraz mam iść. 

Znowu ów młody człowiek dopadł mnie i pokierował we właściwe miejsce.

Oczywiście  trzeba było wypełnić następną ankietę. 

W końcu stanęłam przed gabinetem mammograficznym. Pustka. Rok temu, o tej samej porze, byłby tłum kobiet, a dzisiaj jak się okazuje pacjent na wagę złota. 

Długo nie czekałam, prawie natychmiast zaproszono mnie do gabinetu. Tam się rozebrałam i z pewną dozą nieśmiałości wychyliłam się z przebieralni.

- Zapraszam do aparatu - usłyszałam.

Wtem z łoskotem otworzyły się drzwi wejściowe i wparował przez nie lekarz, rodzaju męskiego.

Nic sobie nie robiąc z tego, że złapał mnie topless, wygarnął pani radiolog co myśli o odsyłaniu jego pacjentów. Żeby jeszcze skromnie spuścił wzrok, ale nie... wzrok był nakierowany na moją osobę.

W normalnych warunkach ręce by mi opadły, ale sami rozumiecie, nie było to możliwe w tamtej chwili. 

W końcu sobie poszedł, widać napatrzył się już za cały dzień...

Pani radiolog przystąpiła do mammografii. 

Mój Boże!

Tak mi ścisnęła moje piersi, że myślałam, iż mi wybuchną. Aż mi pociemniało w oczach. 

Teraz boję się spojrzeć na zawartość stanika, jestem prawie pewna, że dominuje tam kolor siny... 


sobota, 19 września 2020

Wirus arystokrata

 Nic już nigdy nie będzie, jak było. Świat się zmienił, ale czy aby na lepsze? Wirus arystokrata (bo koronowany) doprowadził nas do skrajności. Jedni uważają, że to ściema, inni z kolei są zdania, że to jedna wielka ściema. Urzędnicy na wyścigi wymyślają przepisy, których mało kto przestrzega. Weźmy na przykład sklep, w którym robimy zakupy. Większość klientów oraz personel noszą maseczki pod nosem. I to ma niby chronić nas przed wirusem. Jeszcze do niedawna można było zobaczyć mamusię, z gromadką dzieci bez maski, bo tylko " na chwilę"... Rozumiem, że macierzyństwo zwalnia od odpowiedzialności. Albo starsza pani, która ,,się nie boi". Tak samo jak rosły mężczyzna, bo ,,astmatyk". Choroba gwałtownie przechodzi, gdy pojawia się patrol policji... Wniosek jeden- służby mundurowe nieoczekiwanie działają terapeutycznie na pacjentów. Boję się napisać  - to CUD!


Z drugiej strony, ktoś musiał się zająć chorymi, skoro służba zdrowia zamknęła przed nami drzwi.

Całe życie żyłam w przekonaniu, że w razie, gdyby świat nawiedziła zaraza, to na pierwszej linii frontu staną lekarze pierwszego kontaktu, walcząc o nasze zdrowie. Nic bardziej mylnego. Lekarze zamknęli się przed pacjentami i masowo uprawiają tele-poradę, która ma wiele wspólnego z wróżeniem z fusów. Nie istnieje żadna choroba, oprócz koronowirusa.

Co ciekawe, prywatnie są skłonni poświęcić swoje życie i zdrowie, by zbadać pacjenta.

Oczywiście nie dotyczy to wszystkich lekarzy, lecz jest ich na tyle dużo, że to aż w oczy razi.


Niedawno były godziny seniorskie, ale ochroniarze byli bezradni wobec bezczelności zwłaszcza niewiast, na oko pięćdziesięcioletnich, których nie mieli prawa wylegitymować, bo RODO. Zamiast się ucieszyć, że wyglądają młodziej, niż wskazywałaby na to metryka, robią raban na całe osiedle. Powód może być tylko jeden. Mają mniej  lat i ochroniarze popełnili nietakt i zawyżyli ilość przeżytych przez nie wiosen...


Z moich obserwacji wynika, że mało kto dezynfekuje ręce! A potem masowo macają produkty, których wcale nie kupują. Widziałam staruszkę, która otworzyła pudełko z jajami, po czym każde wyjmowała, lustrowała i odkładała na półkę, biorąc następne opakowanie. Nie muszę pisać, że nie nabyła żadnych jajek. Tak samo z owocami i warzywami.

Domyślam się, że wizyta w sklepie była w ramach rekreacji, albowiem do przychodni nie sposób się dostać, a w domu nudno samej siedzieć...

W niektórych sklepach, jako środka dezynfekującego używa się denaturat. Znany jako jagodzianka na kościach, dla specjalnych gości...

Rozumiem, że to w trosce o stan trzeźwości społeczeństwa. Wszyscy przecież pamiętamy ostatnie wybory, jak pewien pan postanowił przed postawieniem krzyżyka zdezynfekować się wewnętrznie... A może to chodziło o znieczulenie?


W pracy też nie lepiej.

Jedni się burzą, że muszą dezynfekować ręce, inni się z tego śmieją, że to przesada. Przestaje nam być do śmiechu, gdy dowiadujemy się, że ktoś nam bliski zachorował. A choroba podchodzi do każdego z nas, coraz bliżej...

Ostatnio pracodawca postanowił mierzyć pracownikom temperaturę. Poszłam na pierwszy ogień. Szefowa wymierzyła we mnie wiązkę i czeka, czeka... Patrzy w termometr zaskoczona.

- Będę dzielna, ile? - zapytałam.

- Coś jest nie tak, to niemożliwe... - wyszeptała kierowniczka, po czym dodała - 25 i pół...

- Chyba umarłam- zaśmiałam się- ale jeszcze nie przyjęłam tego do wiadomości...

- Czekaj, jeszcze raz.

Ponownie wymierzyła we mnie termometr.

- No nie... patrz.

Zerkam, a tam same kreski.

- Ewidentnie zaliczyłam zgon i jestem tu w charakterze zjawy- zachichotałam.

I tak kilka razy.

Chyba termometr był inteligentny, bo zrozumiał, czego oczekuje moja szefowa, bo następny pomiar wyglądał już zgoła inaczej. Ekran zaświecił się na czerwono i pokazał 37 stopni.

- Wygląda na to, że idziesz na kwarantannę... - zaśmiała się kierowniczka.

- O nie, nie zgadzam się! Teraz ja mierzę.

W ramach zemsty wymierzyłam sprzęt w stronę szefowej.

Pokazało 37,1 stopnia.

- No to co, trzymając się za rączki idziemy obie w stronę kwarantanny.

W końcu zrezygnowała z testowania. Poszła do siebie śmiejąc się, co wywołało popłoch wśród pracowników.

Przybiegli do mnie i pytają:

- Co zrobiłaś?

- Nic, mierzyła mi tylko temperaturę...

poniedziałek, 20 lipca 2020

TRUDNE ROZMOWY Z DZIEĆMI II

A oto drugi...

Przyznam się szczerze, że moje dzieci chwilami mnie przerażają, swoimi trafnymi ocenami, spostrzegawczością. Potrafią dosadnie skomentować rzeczywistość i mam wrażenie, że nie dorastam im do pięt. Znajdują chyba upodobanie, w zapędzaniu mnie w kozi róg… Nie ukrywam, że jest to chleb oddany, albowiem w przeszłości, to ja lubiłam ich zaskakiwać ironią, sarkazmem, w odpowiedzi na ich pomysły. Dziś stwierdzam z całą mocą, dzieci przerosły mistrza…
Jestem w trudnym okresie życiowym, ponieważ postanowiłam rozstać się z nałogiem nikotynowym. Zauważyłam dwa kluczowe problemy, które się pojawiły. Po pierwsze jestem bardziej nerwowa, co zostało natychmiast skomentowane przez moich potomków. Kiedy tylko wybucham gniewem… syn mówi do siostry: „Oho, matkę dopadła ciemna strona nocy, Lord Wader we własnej osobie…” i natychmiast zaczynają sapać jak wcześniej wymieniony, oraz nucić pewną melodię… Po drugie, jestem ciągle głodna, mogłabym zeżreć żubra z kopytami, gdyby tylko był łaskaw znaleźć się w pobliżu mojej osoby. Ponieważ nie chcę utyć, niemal cały czas jestem głodna. Czasem jednak pękam… i sięgam po zakazaną czekoladę. Ponieważ za nic nie chcę się do tego przyznać, więc zajadam potajemnie kilka kostek produktu. I tu wkracza dziecię płci żeńskiej, biegnie do lodówki, podlicza ile ubyło czekolady i donosi bratu. Mało tego, gdy tylko skrzypną drzwi od lodówki, zjawia się jak spod ziemi: „Mamo, zdaje się, że znów wyżerasz czekoladę…” Syn zaśmiewa się, że założy kłódkę na lodówkę… wyrodne dziecię. Ostatnio w hipermarkecie kupiliśmy masło orzechowe. Wieczorem znów dopadła mnie słabość, zachciało mi się właśnie tegoż produktu. Oglądając film, zjadłam całe pudełko, co wyznam ze wstydem. Powinnam wyjaśnić, że nigdy nie lubiłam specjalnie takich rzeczy, zaś masła orzechowego nie cierpiałam szczególnie. Tłuste toto i przesłodzone, zawsze się dziwiłam, jak można to jeść. Zgrzeszyłam okrutnie, wiedziałam, że nie ujdzie mi bezkarnie taki wyczyn. Ponieważ wcześnie wstaję, postanowiłam bladym świtem zakupić ten produkt w pobliskim sklepie. Chyba czarne sumienie nie dawało mi spać, bowiem miałam problemy z zaśnięciem… Zaspałam oczywiście. Mała wstała przede mną, dokonała oczywiście wstrząsającego odkrycia. Wydała z siebie ryk mrożący krew w żyłach: „Mamo, jak mogłaś zjeść moje masło orzechowe.” Stała nade mną niczym Furia, potrząsając pustym opakowaniem. „Ty się lepiej przerzuć na owocki, a nie masło orzechowe wyżerasz, gruba będziesz. Zważ się i zobacz ile ciebie przybyło…” Po takim komentarzu każdy by uległ załamaniu nerwowemu. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko posłuchać rady małoletniej, nie dotykam już czekolady nawet kijem. 
Innym razem postanowiłyśmy się wybrać na zakupy do miasta. Ponieważ ruch jest jak najbardziej wskazany, w moim przypadku, szłyśmy piechotą. W pewnym momencie, córcia poklepała mnie po piersiach ze słowami: „Fajne cycki, duże…” Nie myśląc chyba wcale odparłam: „A tam duże, raczej mizerota…” Na co moja dziewczynka: „Chyba nie widziałaś wcale mizeroty, popatrz na to…” I zadarła do góry swoją bluzeczkę, chcąc zademonstrować rzeczone braki… 
Ostatnio poprosiłam synka, by mi pożyczył swój plecak. Młody, nie odwracając głowy od ekranu monitora rzekł, bym wypakowała tylko to co jest w środku. Postanowiłam błysnąć dowcipem, wywalając zawartość z plecaka, rzekłam: „Co ja tu widzę dziecko, prezerwatywy!” Na co synek ze złośliwym wyrazem twarzy orzekł: „Mamo, pragnę cię poinformować, że prezerwatywy nosi się w kieszeni, nie w plecaku. A tak w ogóle to kondomy się używa, a nie nosi…” Dziś błysnął jedną ze swych mądrości, którymi się łaskawie ze mną dzieli: „Matka, dziewczyny są dla tych nieudaczników, którzy nie potrafią porządnego pornola ściągnąć z neta…” Tak się zastanawiam, czy to nie była przypadkiem ukryta aluzja w kierunku mojej osoby, bowiem, w myśl synowskiego odkrycia, ani chłopaka, ani ściągnąć nic z Internetu nie umiem… 

sobota, 18 lipca 2020

TRUDNE ROZMOWY Z DZIEĆMI

Wpadły mi dwa do ręki dwa posty, napisane przeze mnie przed laty. Przeczytałam i nie mogłam przestać się śmiać, w związku z tym, postanowiłam się nimi z Wami podzielić.

Próbowaliście kiedyś rozmawiać o seksie z nastolatkiem? Mnie się to zdarzyło i wierzcie mi, dużo się z tej rozmowy nauczyłam… Dziś wiem, że nic nie wiem… 
A rzecz się miała tak.
 Pewnego dnia wkroczyłam do pokoju synka, w którym panuje wszechobecny bałagan, którego nie sposób zlikwidować, pomimo moich licznych prób. Wtargnęłam znienacka i zobaczyłam na pulpicie komputera panią w całej krasie, nagą jak ją Pan Bóg stworzył, podobno w kuszącej pozycji. Dziecię moje, z wypiekami na twarzy oglądało prezentowane wspaniałości. Na mój widok, natychmiast wygasiło ekran… Zamurowało mnie, zupełnie nie wiedziałam jak do tego faktu podejść. Czy odpowiednio skomentować, czy milczeć?  Postanowiłam nie poruszać tego tematu, czekałam na reakcję syna. Powiesiwszy pranie na balkonie, wyszłam z jego jaskini rozpusty. Usiadłam w dużym pokoju, spokojnie zrobiłam sobie kawę i czekałam, co będzie dalej. Długo to nie trwało, z wielkim hukiem otworzyły się drzwi od jego pokoju (zastanawiające jest, że dzieci nie potrafią normalnie otworzyć drzwi, tylko zawsze robią wejście) młodzieniec poszedł niby napić się do kuchni… jakoś dziwnie patrzył na mnie, czekał najwyraźniej jakiegoś zgryźliwego komentarza, a ja nic… Wbiłam wzrok w gazetę, rzekomo zajęta interesującym artykułem… Pokrążył wokół mnie, niby satelita, w końcu wypalił: „Kocham cię mamusiu”. Od razu włączyły mi się dzwony alarmowe, bowiem wyznania miłosne w stosunku do matki, są wydzielane dość oszczędnie, rzekłabym, że tylko przy specjalnych okazjach, do których należą wszelkiego rodzaju święta, no chyba, że się ma jakiś interes… W ciemno postawiłam na to drugie. Odpowiedziałam mu w naszym tajemnym języku, czyli brzmiało to mniej więcej tak: „Ychy”… Wydźwięk tegoż „słowa” miał barwę ironiczną, co też należy do naszego stałego kodu porozumiewawczego… (Jeśli powiedziałabym, że też go kocham, to odpowiedziałby: „Kłamałem”) Odbębniwszy właściwą procedurę komunikacyjną z szesnastolatkiem, doczekałam się w końcu powodu, dla którego doczekałam się miłosnych wyznań… „Wiesz dlaczego to powiedziałem, prawda?” jasne, że tak, w końcu przed chwilą złapałam go na lataniu po stronach pornograficznych… W końcu nie wytrzymał: „I co teraz?”. No właśnie, co?? W tej chwili pomyślałam sobie, że nadszedł TEN czas… a więc czas na rozmowy o seksualności z młodzieńcem. Westchnęłam w duchu jak miech kowalski, czułam jak włosy jeżą mi się na głowie, ze zgrozy… Kiedyś tam, w prehistorycznych czasach, ustaliliśmy z jego ojcem, że to on będzie wprowadzał synka w te klimaty, natomiast ja córeczkę. Wraz z rozwodem, umowa widocznie przestała obowiązywać, bowiem tatuś ani myślał z dzieckiem o tym porozmawiać. Ograniczył się do podrzucenia dziecku stosownych książek, do których młodzieniec ani razu nie zajrzał, bowiem ma wstręt do słowa pisanego… Rad niewola zaczęłam. Młodzieniec od razu zastrzygł uszami i niecierpliwie przebierał nogami. Ze spuszczoną głową powiedziałam: „Chyba należy w końcu o tych sprawach porozmawiać”… Skupiłam się właściwie, na swoich doświadczeniach w tej materii. Mówiłam o tym pierwszym razie, co czuje wówczas… kobieta. Naciskałam, by pamiętał, że jeśli dziewczyna mówi nie, to oznacza nie… i ma to przyjąć do wiadomości. Gadałam długo, a dziecko niemal spijało słowa z mych ust… Zadawał pytania, odpowiadałam, bez ściemniania, bez udawania, że nie dosłyszałam… W końcu powiedziałam mu, by używał prezerwatyw, albowiem… tu dziecko mi przerwało: „Wiem, wiem, moje kieszonkowe nie starczą na alimenty”… Zaproponowałam pierworodnemu, że w razie czego, to kupię mu prezerwatywy (Biedronko witaj!), na co dziecko: „Sam sobie kupię, myślisz, że tego nie robiłem? Kupowałem dla kolegi, bo się wstydził”… Zbaraniałam zupełnie, no tego to się zupełnie nie spodziewałam… Już chyba zupełnie rozum pogalopował gdzieś w siną dal, bo powiedziałam, że wobec tego musimy przećwiczyć nakładanie prezerwatyw, a do tego celu wykorzystamy… banana. Tu syn się obruszył: „Dlaczego na bananie?” Na co ja zaczęłam się śmiać: „A co, może mamy ćwiczyć na twoim instrumencie?”… 
Innym razem, moja ośmioletnia córka, wyszła z łazienki z podpaskami w ręku, szczerze zainteresowana, do czego służą. Oczywiście musiałam wszystko wyjaśnić z detalami. Małej najbardziej podobało się stwierdzenie, że kiedy dziewczynka miesiączkuje, to znak, że stała się kobietą… Pognała do łazienki, bo nagle poczuła potrzebę fizjologiczną. Trochę trwało, zanim zdecydowała się z wyjść. Na ustach wykwitł jej tajemniczy uśmiech, godny samej Gioccondy, a oczy świeciły jak żarówki. „Mamo, mam dla ciebie radosną nowinę… chyba stałam się kobietą!”…. 

piątek, 3 lipca 2020

PANDA

Zanim przejdę do sedna spraw, powinnam się jakoś wytłumaczyć z mojej długiej nieobecności. Nie trafił mnie szlag, choć bywało blisko-parę razy mało nie pękłam ze złości - nieżyczliwi  powiedzieliby, że raczej z przejedzenia... Żyłam sobie w błogiej  nieświadomości i było mi z tym dobrze. W międzyczasie komputer odmówił posłuszeństwa i postanowił postawić mnie pod ścianą, żądając natychmiastowego postawienia systemu od nowa. Zanim doszłam, gdzie miałam i jakie hasła, minęło trochę czasu. W dodatku tyle się działo w moim życiu, że ostatnią rzeczą, o której myślałam, to prowadzenie bloga. Działy się rzeczy i dobre i złe, ale dziś nie będziemy o tym mówić. 
W końcu nadszedł dzień, gdzie poczułam, że mnie zadusi, jeśli nie napiszę parę słów. I pojawiła się pierwsza przeszkoda. Utraciłam hasło do mojego bloga. Ile tygodni bezskutecznie  nad tym myślałam, co chwila, wpisując dziwne rzeczy. Nic to nie dało, w końcu przyszło mi się przyznać, że zapomniałam hasła. To normalne u mnie. Pamiętacie zapewne, jak nabyłam komputer i ustawiałam hasło? 10 minut później wydało się, że je zapomniałam. Niestety z biegiem czasu te cechy raczej się utrwalają, choć zawsze mam nadzieję, że w końcu nad tym zapanuję. Póki co, notuję porażkę na tym polu. Czas najwyższy przyjąć to na klatę. 
Dostałam się w końcu do bloga i hulaj dusza. 
O czym tu napisać?
Czy aby jeszcze potrafię wywołać uśmiech?
---------------------------------------------------------------------------------

Przyszła zaraza. 
Najpierw były doniesienia ze świata, coraz bardziej straszne. Media prześcigały się w katastroficznych newsach, ale kto by tam się przejmował. To wszystko działo się daleko. A ja byłam na urlopie. I zamierzałam porządnie wypocząć. 
Pod koniec wypoczynku, odebrałam dziwny telefon:
- Dzień dobry, mówi szefowa, jak się czujesz?
O matko jedyna, z dzieckiem na ręku! Jak żyję, nigdy mnie nie spytała o zdrowie. 
- A dziękuję, bardzo dobrze - odparłam.
- Kaszlesz, masz gorączkę? - drążyła dalej.
- Nie.
- Chciałam cię poinformować, że zmienił się grafik. W związku z pandemią ustaliliśmy dyżury, przychodzisz dwa dni później, niż planowano. Poza dyżurami, pracownicy nie mogą przebywać na terenie firmy. 
Najpierw się ucieszyłam. 
Potem przyszła panika.
Trzeba zrobić zapasy.
Chyba wszyscy przeszli podobny etap. Papier toaletowy stał się dobrem niezbędnym. W jakim bym nie była sklepie, wychodziłam z rolkami kolorowego szczęścia. Nakupowałam mnóstwo rzeczy, nawet tych, których kijem nie dotknę, bo nie lubię. Lodówka pękała w szwach, zamrażarkę domykałam kolanem. 
O chlebie tostowym nie pomyślałam.
Wielbicielka tego dobra zrobiła mi dziką awanturę, po czym udała się do sklepu na zakupy. Wróciła wściekła i od drzwi wypaliła:
- Wiesz mamo, doszłam do wniosku, że powinnyśmy przerzucić się na celulozę, bo papieru toaletowego w sklepie nie brak- spojrzała ironicznie na zgromadzone przeze mnie zapasy. 
Oczywiście padało codziennie najbardziej znienawidzone przez rodziców pytanie:
- Co na obiad?
Myślałam, że oszaleję, komponując posiłki. Z nostalgią wspominałam czasy, gdy wystarczyło zaszaleć kulinarnie, stosując ulubiony przepis:
chwyć za słuchawkę, wykręć numer, zamów, czekaj, zapłać, smacznego...

Zaczęło się też kombinowanie. 
Władze nakazały siedzieć w domu. 
A mnie nosi.
Do sklepu szłam dziwną trasą, normalnie zajmuje mi  to  10 minut, w tamtym momencie bywało, że dystans pokonywałam w godzinę...
Poszłam dalej w kombinowaniu. 
Zadzwoniłam do pracy, żeby w razie czego potwierdzili, że idę do pracy. I szłam w stronę roboty. Potem dzwoniłam, że skończyłam pracę i wracam do domu...
Udało mi się też zaoszczędzić ok. 2000 zł. 
Przepis jest prosty - wyjść bez maseczki i w połowie drogi się zorientować, że kagańca brak. Gdyby wzrok mógł zabijać, to po 50 metrach bym leżała w charakterze zwłok...

Przebiła mnie jednak Królowa Matka.
Odkryła w sobie powołanie. 
Punktualnie o godzinie 10 maszerowała dziarsko do sklepu, by zająć kolejkę i wysłuchać najnowszych newsów od współtowarzyszy. Jeśli jednak któryś zapomniał maseczki, czy też nie zachował dystansu, przywoływała go do porządku. I tak codziennie. Na nic prośby, by została w domu, bo jest w grupie ryzyka. Jak znieśli godziny emeryckie, była niepocieszona... 

Nabyłam sobie maskę do jazdy na rowerze w smogu. Miałam dużo czasu, zatem przed pracą zrobiłam pełny makijaż, pięknie się wystroiłam i jazda...
Mijałam nielicznych przechodniów, ale każdy się dziwnie na mnie patrzył. 
W końcu dojechałam na miejsce. Wchodzę do budynku, a koleżanka zwróciła mi uwagę:
- Trochę się rozmazałaś...
Zajrzałam do lustra i oniemiałam.
Wyglądałam jak panda! 
Tusz do rzęs rozmazał mi się dookoła i za nic nie mogłam tego zmyć...
Wracając na rowerze do domu, już nikomu profilaktycznie nie zaglądałam w oczy...