Tajemnicą poliszynela jest to, że mężczyźni szczerze nie cierpią zakupów. Wejdzie taki do sklepu, z prędkością światła pogna po to, czego mu trzeba i piorunem do kasy.
A gdzie celebrowanie promocji?
Rzadko się zdarza taki osobnik, któremu chodzenie po sklepach sprawia przyjemność. Inaczej rzecz się ma, gdy dotyczy części zamiennych do samochodu, komputera. Tu z pełną powagą, ogląda, zastanawia się w nabożnym skupieniu, w końcu decyduje się na zakup. Przy czym nie wzdycha ciężko, nie rozpacza z potencjalnych ubytków na karcie bankomatowej... On może nie zjeść, ale na przykład, na nową kartę pamięci, czy myszkę do komputera, zawsze się znajdzie.
Nie znoszę chodzić na zakupy z osobami rodzaju męskiego.
Nawet mój syn, ledwie przeszedł okres dojrzewania, jak zaczął się zachowywać jak każdy przedstawiciel płci męskiej.
- Po co ci mama dwa kilo mąki, chyba nie sądzisz, że będę to niósł...- mówiąc te słowa, odkłada jedno opakowanie na półkę.
Albo:
- 3 litry oleju? A po co, wystarczy litr... - i to samo.
To ja się pytam, po jakiego grzyba go brałam na zakupy? Toż miał targać ze mną potężne kilogramy, na zapas, bylebym nie musiała tak często biegać do sklepu.
Już nie wspomnę o tym, że w sklepie spożywczym czuje się bardzo nieszczęśliwy...
I nie wiem dlaczego, przecież płacę ja.
W efekcie cała rodzina wychodzi ze sklepu w minorowych nastrojach.
Ja - bo to co młodzieniec niesie, zwykle targałam w jednej ręce, on - bo musi tracić czas na bzdurne zakupy, a w domu wirtualne czołgi jadą bez niego...
Najgorzej, jak się wypuściło faceta na zakupy samego. Nie dość, że przyniósł tylko to, co na kartce było zapisane, to jeszcze nie zdał relacji z promocji, rabatów, upustów...
Jakby miał klapki na oczach...
A człowiek głodny newsów...
Los bywa okrutny. Teraz targa zakupy, w innym mieście, służąc bicepsem swojej narzeczonej. Nawet obiadki gotuje! Jak to usłyszałam, to z wrażenia spadłam z krzesła.
Zuch dziewczyna!
I tak oto, zostałam sama, bez męskiego wsparcia w zakupach. Co ma swoje plusy i minusy. Do pozytywnych aspektów tej sprawy zaliczam to, że nikt mi nie jęczy nad głową, że "szkoda kasy", "a co to za promocja", "zwariowałaś, to będziesz kupowała?".
Minusem jest oczywiście fakt, że cokolwiek znajdzie się w koszyku, trzeba dotransportować do domu... A z tym, bywa już różnie. Jeśli ktoś kiedyś Wam opowie, o niewieście w średnim wieku, która swego czasu ciągnęła za sobą 10 kg karmy dla psa, przy czym objuczona zakupami, niczym wielbłąd, to wiecie już o kim mowa))).
Kiedyś usłyszałam w autobusie, jak mama mówiła do córki:
- Zobacz, jestem pewna, że ta pani, gdyby miała jeszcze dwie ręce, to też miałaby co w nie wziąć...
A skoro skazana jestem na siebie, to korzystam pasożytniczo, gdy tylko się pojawi rodzaj męski, najlepiej zmotoryzowany....
Niedawno pojechałam ze znajomym do znanego sklepu z artykułami do remontu mieszkania. Jak zwykle, chciałam z majestatem obejrzeć wszystkie półki, bo może czegoś mi potrzeba, a nie znajduje się na liście artykułów niezbędnych...
Znajomy z prędkością światła pognał po to, po co przyjechaliśmy. A ja za nim, drobiąc i pokrzykując:
- A gdzie Ty się spieszysz? Daj się człowieku rozejrzeć. O zobacz, drabina za 40 zł! Jestem pewna, że mi się przyda.
Popatrzył na mnie tak dziwnie, że nie miałam śmiałości po nią sięgnąć.
A że mieliśmy też zajść do hipermarketu, to pomyślałam sobie, że się "odkuję" w promocjach.
Zakupiłam tylko to, co niezbędne i biegiem nakarmić swoją ciekawość do innego sklepu. Ledwie przekroczyłam bramkę do zakupowego eldorado, jak coś zapiszczało. Znienacka pojawił się ochroniarz i osłupiała zaczęłam grzebać w torebce. Znajomy roześmiał się na cały sklep, kwitując:
- Nie znam nikogo, kto wchodząc do sklepu już jest rewidowany! Rozumiem, że po zakupach może się tak zdarzyć, ale żeby przed?
Pierwszy raz coś takiego mnie spotkało. Okazało się, że miałam w torebce zakupione nieco wcześniej leki i to one wywołały alarm. Wystarczyło pozbyć się kartonowych pudełek, a problem zniknął...
Jestem pewna, że znowu wystąpię w rolach głównych, podczas spotkania towarzyskiego, w większej grupie, w temacie: "nietypowe zdarzenia"...
środa, 21 marca 2018
piątek, 9 lutego 2018
TŁUSTY CZWARTEK
Postanowiłam się odchudzić. Niestety, rzucane są mi kłody pod nogi. Jak tylko przechodzę na dietę, natychmiast robię się głodna. O niczym innym nie myślę, tylko o żarciu. Reprezentując lokalny patriotyzm, zeżarłabym żubra z kopytami...
Moja słaba SILNA WOLA, obrosła już w pórka i awansowała do kategorii " a opowiadałam Wam o mojej znajomej, która..." W konsekwencji, zdarza mi się usłyszeć różne historie i pomyśleć: " O, to zupełnie jak ja". Czasem jednak, nasuwa się podejrzenie, że to jednak o mnie chodzi.
Wróćmy jednak do tematu.
Na hasło, że czegoś nie mogę zjeść, natychmiast pożądam owej potrawy i nie spocznę, dopóki tego nie ukąszę. Tak było, gdy usłyszałam, że grozi mi cukrzyca ciążowa (spodziewałam się dziecka), zatem powinnam wykreślić ze swojego menu cukier.
Nie przejęłam się zbytnio, albowiem nie przepadałam za słodkim, no chyba, że jest to pęto kiełbasy, to już inna bajka...
Ledwie wyszłam z gabinetu lekarskiego, jak zaczęłam myśleć, że zjadłabym napoleonkę... Niczym wydra z kreskówki, dostałam ślinotoku. Dobrze wiedziałam, że będę przechodziła obok cukierni. I oczywiście wstąpiłam do niej, kupiłam 2 napoleonki, po czym pod sklepem dokonałam natychmiastowej konsumpcji. To była orgia gastronomiczna.. Nigdy przedtem, ani potem mi tak nie smakowało, jak wtedy.
Jak co roku, postanowiłam pozbyć się niechcianych kilogramów. W tym celu, wprowadziłam do swojego kalendarza hasło sport. Jeszcze tylko zostało konsekwentnie realizować ów plan, z czym bywa różnie. Bo jeszcze się spocę i przeziębię, czyli nowa bieda z tego będzie...
Zakupiłam stepper, inne potrzebne gadżety, bo bez tego nie da się rozpocząć walki o zgrabną figurę. Odwlekałam jak tylko da się termin 0. W międzyczasie stepper obrósł pajęczyną... (a ja się panicznie boję pająków, choć ostatnio są u mnie w łasce, bo podobno zwiastują pieniądze). W końcu, nawet mnie już się nie udało, przed samą sobą usprawiedliwić kanapowego lenistwa. Ruszyłam do boju i zaatakowałam sprzęt, czyli go odkurzyłam, wytarłam... takie tam... Od czegoś trzeba zacząć, czyż nie?
Przestałam jeździć autobusami, prawie wszędzie docieram pieszo, z czego jestem dumna. Naprawdę starałam się mniej jeść, ograniczać słodycze. Osiągnęłam przynajmniej tyle, że waga stroi w miejscu ( w łazience).
I w końcu przyszedł straszny dzień: Tłusty Czwartek.
Poniosła mnie ułańska fantazja i w charakterze pączka, zabrałam do pracy śledzia w buraczkach... Ledwie przekroczyłam próg zakładu pracy, a już koleżanki rozpoczęły wielkie częstowanie.
Pierwszego pączka dostałam od kasjerki. No jak go nie zjeść na szczęście? Przecież kasy zabraknie...
Drugiego od kierowniczki. Niebezpiecznie jest odmówić...
Trzeciego od dyrektorki. Jak wyżej...
Czwartego, piątego i szóstego od przesympatycznych koleżanek...
Siódmego, od kolegi.
Przy czym, każdy patrzył w zęby i pilnował, bym skonsumowała...
A mój pączek, ze śledzia w buraczkach kusił z torebki.
Dostałabym i więcej tych pączków, ale zaczęłam odmawiać.
- Błagam, tylko nie pączek, od tego szczęścia przewróci się w głowie...
No to dostałam talerz faworków...
Żegnaj zgrabna figuro... Może się kiedyś jeszcze spotkamy, w co wątpię...
Moja słaba SILNA WOLA, obrosła już w pórka i awansowała do kategorii " a opowiadałam Wam o mojej znajomej, która..." W konsekwencji, zdarza mi się usłyszeć różne historie i pomyśleć: " O, to zupełnie jak ja". Czasem jednak, nasuwa się podejrzenie, że to jednak o mnie chodzi.
Wróćmy jednak do tematu.
Na hasło, że czegoś nie mogę zjeść, natychmiast pożądam owej potrawy i nie spocznę, dopóki tego nie ukąszę. Tak było, gdy usłyszałam, że grozi mi cukrzyca ciążowa (spodziewałam się dziecka), zatem powinnam wykreślić ze swojego menu cukier.
Nie przejęłam się zbytnio, albowiem nie przepadałam za słodkim, no chyba, że jest to pęto kiełbasy, to już inna bajka...
Ledwie wyszłam z gabinetu lekarskiego, jak zaczęłam myśleć, że zjadłabym napoleonkę... Niczym wydra z kreskówki, dostałam ślinotoku. Dobrze wiedziałam, że będę przechodziła obok cukierni. I oczywiście wstąpiłam do niej, kupiłam 2 napoleonki, po czym pod sklepem dokonałam natychmiastowej konsumpcji. To była orgia gastronomiczna.. Nigdy przedtem, ani potem mi tak nie smakowało, jak wtedy.
Jak co roku, postanowiłam pozbyć się niechcianych kilogramów. W tym celu, wprowadziłam do swojego kalendarza hasło sport. Jeszcze tylko zostało konsekwentnie realizować ów plan, z czym bywa różnie. Bo jeszcze się spocę i przeziębię, czyli nowa bieda z tego będzie...
Zakupiłam stepper, inne potrzebne gadżety, bo bez tego nie da się rozpocząć walki o zgrabną figurę. Odwlekałam jak tylko da się termin 0. W międzyczasie stepper obrósł pajęczyną... (a ja się panicznie boję pająków, choć ostatnio są u mnie w łasce, bo podobno zwiastują pieniądze). W końcu, nawet mnie już się nie udało, przed samą sobą usprawiedliwić kanapowego lenistwa. Ruszyłam do boju i zaatakowałam sprzęt, czyli go odkurzyłam, wytarłam... takie tam... Od czegoś trzeba zacząć, czyż nie?
Przestałam jeździć autobusami, prawie wszędzie docieram pieszo, z czego jestem dumna. Naprawdę starałam się mniej jeść, ograniczać słodycze. Osiągnęłam przynajmniej tyle, że waga stroi w miejscu ( w łazience).
I w końcu przyszedł straszny dzień: Tłusty Czwartek.
Poniosła mnie ułańska fantazja i w charakterze pączka, zabrałam do pracy śledzia w buraczkach... Ledwie przekroczyłam próg zakładu pracy, a już koleżanki rozpoczęły wielkie częstowanie.
Pierwszego pączka dostałam od kasjerki. No jak go nie zjeść na szczęście? Przecież kasy zabraknie...
Drugiego od kierowniczki. Niebezpiecznie jest odmówić...
Trzeciego od dyrektorki. Jak wyżej...
Czwartego, piątego i szóstego od przesympatycznych koleżanek...
Siódmego, od kolegi.
Przy czym, każdy patrzył w zęby i pilnował, bym skonsumowała...
A mój pączek, ze śledzia w buraczkach kusił z torebki.
Dostałabym i więcej tych pączków, ale zaczęłam odmawiać.
- Błagam, tylko nie pączek, od tego szczęścia przewróci się w głowie...
No to dostałam talerz faworków...
Żegnaj zgrabna figuro... Może się kiedyś jeszcze spotkamy, w co wątpię...
czwartek, 25 stycznia 2018
TORTURY
Nie odstając od innych, postanowiłam się nabawić choroby cywilizacyjnej. Jak wszyscy mogą mieć, dlaczego ja nie? Postawa "matki Polki" doprowadziła do zwyrodnień 4 kręgów szyjnych, oraz (bo przecież się nie mogę zatrzymać, jak się rozpędzę) zespołu cieśni nadgarstków z kanałem łokciowym obu dłoni.
Zwyczajowo lekarza omijam szerokim łukiem, ale nie wtedy gdy boli. Wytrzymałam dwa tygodnie, w końcu się pofatygowałam do lekarza pierwszego kontaktu. Ten mnie skierował do specjalisty. Objawy były niejednoznaczne, na dwoje babka wróżyła, czyli albo chodzi o kręgosłup, albo o cieśnie (jakże ostatnio modną). Wyniki były zaskakujące, albowiem wyszło to i to...
Pięknie.
A wszystko się rozciągnęło w czasie, bo nie od razu można zrobić rezonans, czy też EMG. Dalej w nocy budziłam się z bólu, a to głowa bolała gorzej niż przy migrenie, a to łapki. Człowiek to dziwne stworzenie, intuicyjnie przybierze postawę, która zminimalizuje ból. Szybko odkryłam, że nie mogę spać z rękoma ku górze, muszą opadać w dół. Bólu głowy nie zniweczysz tabletkami przeciwbólowymi, zbudzisz się cierpiąc i tak samo zaśniesz, jeśli dasz radę.
A do tego trzeba pracować...
Neurochirurg zaprasza serdecznie na stół operacyjny...
Jak tylko to usłyszałam, doznałam nagłej poprawy stanu zdrowia, niekoniecznie chciałabym wylądować w statystyce, nieudanych operacji. Teraz mogę jeszcze komuś skopać tyłek, a tak... lipa...
Ortopeda zaaplikował garść prochów i "czerwone" zastrzyki. Podobno bardzo bolesne. Pielęgniarkom trzęsły się ręce, jak wkłuwały się w szeherezadowe pośladki.
A ja kompletnie nic nie czułam. Trochę piekło, ale żebym coś takiego miała obsadzić w kategorii "bolących zastrzyków", to nie. Niestety poprawy też nie było. Zatem po raz drugi, dostałam zastrzyki. Próbowałam zaprotestować:
- Znowu??
Na co usłyszałam:
- Dziewczyno, zastrzyki, albo wjeżdżasz na stół...
Rozwalił mnie ortopeda. Jak ja dawno nie słyszałam, by ktoś do mnie się zwracał per "dziewczyno"...
- No to poproszę zastrzyki...
Tym razem to już ze skóry wyłaziłam i stawałam obok. Tak bolało. A cztery litery wręcz sine...
Za to pomogło nieco.
Tymczasem pani neurolog skierowała na rehabilitację.
Z hasłem "pilne", dostałam propozycję w tamtym roku, we wrześniu, na grudzień 2018 r. Zatem pognałam do innych miejsc, szukając wcześniejszego terminu. I udało się, padła propozycja na styczeń... Jak ja się ucieszyłam))) A pani w recepcji zdziwiona rzekła:
- No proszę, jedyna pacjentka, co się cieszy, a nie robi dzikich awantur, że tak długo trzeba czekać...
I przyszedł ten moment, rozpoczęłam rehabilitację...
Jako że nigdy jeszcze nie miałam żadnych zabiegów, przyszłam zupełnie nieprzygotowana. Brak butów na zmianę, stroju sportowego, bluzeczki odkrywającej łopatki...
I przy okazji galwanizacji, świeciłam gołym ciałem, strasząc studentów i przypadkowych widzów. Bo okno, rzecz jasna nie było zasłonięte... Dopiero wtedy przypomniałam sobie, że mam mnóstwo bluzeczek z suto marszczonymi dekoltami, albo odsłoniętymi plecami, ja jednak... musiałam inaczej...
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ostatecznie adepci sztuki medycznej, muszą zachować zimną krew...
Na końcu wszystkich zabiegów są ćwiczenia. Pierwszego dnia, fizykoterapeuta natychmiast kazał mi się położyć na macie... Od razu spiekłam raka.
-Pani się źle czuje? - usłyszałam
- Nie - wyszeptałam - jestem tylko nieśmiała...
No ja cię kręcę! Kłaść się na macie... i to wielkie lustro. Jak się zobaczyłam, to od razu akcja wciągaj brzuch. Ile razy mnie sztorcował, bym oddychała. No weź i oddychaj, jak jesteś zajęty zmniejszaniem swego obwodu...
Innym razem, oddano moją skromną osobę pod dyktando stażystów. Matko jedyna! Ci to dopiero się wykazują... Po takiej akcji doszło do skurczu dłoni, gdzie kciuk samoistnie się schował i za nic nie mogłam go odgiąć. Co sobie poćwiczyłam, to moje... Jakby tak z miesiąc czy dwa, codziennie mnie trenowali, to miałabym pewnie na plecach "motyle"...
Innym razem trafił mi się fizykoterapeuta z "misją". Rozszalał się i przećwiczył podwójnie. Na nic było chrząkanie, z wymownym oglądaniem zegarka. Twardo się nie domyślał. W końcu tortury dobiegły końca i rzekłam:
- No to mnie pan dzisiaj podwójnie przećwiczył...
- To, czemu pani nic nie mówiła?
(Chrząkałam znacząco przecież...)
- Bo ja jestem pacjent pasożyt - odrzekłam.
czwartek, 28 grudnia 2017
POWRÓT
Najwyraźniej mam to we krwi, że koniecznie muszę się podzielić słowem pisanym. Wiadomo, gaduły tak mają. Niestety, nie potrafię inaczej.
W poprzednim miejscu, czułam się dobrze, żyłam w błogim przekonaniu, że już tak na zawsze, tam zostanę. Bo muszę wyznać, że panicznie boję się wszelkich "nowinek", jak już się czegoś uczepię, to tak ma zostać, a zmiany są przeze mnie bardzo chłodno przyjęte. Nie znoszę zmian, a technologicznie należę do gatunku "per noga". Pisząc pierwszy post, nagle dotarła do mnie straszna myśl: "Matko jedyna, jakie hasło? Zapomniałam hasła!"
To też jest charakterystyczne dla mojej osoby.
Przypomniało mi się, jak uruchomiałam nowy komputer. Z mety zostałam zasypana żądaniami utworzenia, a to nazwy, a to hasła..., które natychmiast byłam uprzejma zapomnieć. Skutkiem tego, jest potężny wysiłek intelektualny, który nie zawsze owocuje zwycięstwem. Tak też było z komputerem, który ma dwa profile, bowiem do pierwszego nie udało mi się odkryć hasła...
Ile to razy sobie obiecywałam, że już nigdy, ale to nigdy nie popełnię takiego błędu. Po czym, niemal od razu robię to samo.
Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko się z tym pogodzić.
W życiu też nie lubię drastycznych zmian i bywa, że ciężko mi się pogodzić z nieuniknionym.
I jest w tym pewna niekonsekwencja, bo sama ochoczo bywam spontaniczna. Zdarza mi się podjąć natychmiast decyzję, że pakuję się i jadę na drugi koniec kraju, bo mam akurat trzy dni wolne...
Sama zaś, nie lubię być zaskakiwana. Może dlatego, że niektóre niespodzianki, odbiły mi się czkawką.
Zamknięcie poprzedniego mojego bloga, było właśnie tym, czego szeherezady nie lubią najbardziej.
Co innego się lenić i długo nic nie pisać, a co innego, nie mieć gdzie to robić...
Najpierw w panice, kopiowałam wszystko co napisałam, ręcznie, oczywiście, bo na to, jak to zrobić hurtem, nie wpadłam. Potem postanowiłam dać sobie spokój z grafomanią. Długo to nie trwało, jak widać))).
Zatem wróciłam.
Czy uda mi się i tu zaaklimatyzować?
Zobaczymy...
W poprzednim miejscu, czułam się dobrze, żyłam w błogim przekonaniu, że już tak na zawsze, tam zostanę. Bo muszę wyznać, że panicznie boję się wszelkich "nowinek", jak już się czegoś uczepię, to tak ma zostać, a zmiany są przeze mnie bardzo chłodno przyjęte. Nie znoszę zmian, a technologicznie należę do gatunku "per noga". Pisząc pierwszy post, nagle dotarła do mnie straszna myśl: "Matko jedyna, jakie hasło? Zapomniałam hasła!"
To też jest charakterystyczne dla mojej osoby.
Przypomniało mi się, jak uruchomiałam nowy komputer. Z mety zostałam zasypana żądaniami utworzenia, a to nazwy, a to hasła..., które natychmiast byłam uprzejma zapomnieć. Skutkiem tego, jest potężny wysiłek intelektualny, który nie zawsze owocuje zwycięstwem. Tak też było z komputerem, który ma dwa profile, bowiem do pierwszego nie udało mi się odkryć hasła...
Ile to razy sobie obiecywałam, że już nigdy, ale to nigdy nie popełnię takiego błędu. Po czym, niemal od razu robię to samo.
Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko się z tym pogodzić.
W życiu też nie lubię drastycznych zmian i bywa, że ciężko mi się pogodzić z nieuniknionym.
I jest w tym pewna niekonsekwencja, bo sama ochoczo bywam spontaniczna. Zdarza mi się podjąć natychmiast decyzję, że pakuję się i jadę na drugi koniec kraju, bo mam akurat trzy dni wolne...
Sama zaś, nie lubię być zaskakiwana. Może dlatego, że niektóre niespodzianki, odbiły mi się czkawką.
Zamknięcie poprzedniego mojego bloga, było właśnie tym, czego szeherezady nie lubią najbardziej.
Co innego się lenić i długo nic nie pisać, a co innego, nie mieć gdzie to robić...
Najpierw w panice, kopiowałam wszystko co napisałam, ręcznie, oczywiście, bo na to, jak to zrobić hurtem, nie wpadłam. Potem postanowiłam dać sobie spokój z grafomanią. Długo to nie trwało, jak widać))).
Zatem wróciłam.
Czy uda mi się i tu zaaklimatyzować?
Zobaczymy...
Subskrybuj:
Posty (Atom)